30 grudnia 2011

Miło było, ale się skończyło... ;)

No cóż, z przyczyn różnych postanowiłem zakończyć tworzenie bloga. Nie wiem jeszcze na 100%, czy tymczasowo czy ostatecznie, ale na razie decyzja jest taka a nie inna. Dziękuję wszystkim Czytającym (zarówno regularnie jak i za sprawą przypadku) za te prawie 6000 odwiedzin i - o ile można tak powiedzieć - wspólnie spędzony, praktycznie cały rok 2011. Korzystając z okazji, życzę Wam udanego Sylwestra i wszystkiego najlepszego w 2012 roku!

Ach, ależ pompatycznie zabrzmiało... ;)

Trzymajcie się!

28 grudnia 2011

Cykliści w niegdysiejszej Warszawie

Czytając ostatnio książkę Stanisława Milewskiego - Codzienność niegdysiejszej Warszawy - natknąłem się na wzmiankę o rozwoju kolarstwa w stolicy. W 1886 r. zostało założone Towarzystwo Cyklistów (i istnieje do dziś jako Warszawskie Towarzystwo Cyklistów - w tym roku obchodzono 125-lecie). Jego członków było wówczas 50, a w posiadaniu Towarzystwa było 35 rowerów (albo raczej welocypedów). Oprócz wycieczek po mieście, wspomniane są również dalsze wypady członków Klubu - np. do Wiednia czy większych miast polskich. Jest także wzmianka o wycieczce do Płocka, która razem z odpoczynkiem zajęła 1,5 doby :) Z WTC w obecnej postaci spotkałem się na Targach Rowery 2009:


W książce przeczytać można też o fabryce powozów Władysława Romanowskiego, który po powrocie z Paryża zaczął również produkować welocypedy. W 1870 r. urządził on w ogrodzie Krasińskich wyścigi welocypedowe wraz z Towarzystwem dobroczynności, z których dochód został przeznaczony na pomoc ubogim. W zawodach (zapasach wyścigowych :)) wzięli udział pracownicy fabryki, a nagrodami były pierścionki, szpilki i szpicruty :)

Pomijając akcent rowerowy, cała książka zawiera sporo ciekawych informacji o XIX w. Warszawie, tak więc polecam warszawiakom i nie tylko.

23 grudnia 2011

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

Wszystkim czytającym i nieczytającym tego bloga chciałbym złożyć najlepsze świąteczne życzenia - dużo zdrówka, miłości, spokoju, spełnienia marzeń i wielu prezentów pod choinką! Dodatkowo, wszystkim rowerzystom życzę wielu przejechanych kilometrów bez wypadków i kontuzji, wymarzonego sprzętu i dużej ilości czasu na jazdę. Na deser, choinka z 10-rzędowej kasety od Specialized'a + podkład muzyczny (Dziadek do orzechów Czajkowskiego) wykonany na częściach rowerowych ;) Wszystkiego najlepszego!

22 grudnia 2011

Biemme Windtex - czapka pod kask

Ponieważ dziś mamy pierwszy dzień astronomicznej zimy (a i rano była ujemna temperatura!), wypada napisać o czymś związanym zarówno z zimą jak i rowerami. Za coś takiego można śmiało uznać wymienioną w tytule czapkę pod kask znanej i lubianej firmy - Biemme:


Dostałem ją chyba 2 lata temu od M(ikołaja) i mogę śmiało stwierdzić, że to jeden z bardziej praktycznych prezentów jakie dostałem i jednocześnie jedna z bardziej przydatnych części rowerowej garderoby. Polecam ją zawsze, gdy ktoś pyta o jakieś dobre nakrycie głowy na zimę, bo wg mnie czapka w pełni na to zasługuje. Świetnie chroni głowę przed wiatrem i ujemną temperaturą. Co prawda poniżej tych ok. -5°C zazwyczaj nie zdarzało mi się jeździć, ale w podobnych temperaturach spisuje się naprawdę fajnie. Wykonana jest z membrany WindProtect i materiału SuperRoubaix (z którego to mam też nogawki i który bardzo dobrze spełnia swoje zadanie). Membrana jest na przedniej części czapki i na uszach. SR z kolei jest z tyłu. Taki układ chroni głowę przed wiatrem, jednocześnie pozwalając jej oddychać. Pod tym względem jest naprawdę super. Po powrocie z roweru głowa nie jest zmarznięta, ale nie jest też jakoś wyjątkowo spocona. Czapka dobrze się układa i pod kaskiem praktycznie jej nie czuć. Podczas jazdy trochę szumi (albo raczej świszczy) w uszach, ale nie jest to jakoś wyjątkowo uciążliwe. Bez czapki przecież też szumi ;) Zauszniki okularów można założyć na czapkę i nie ma z nimi problemu (chociaż to może też zależeć od okularów). W kwestii wodoodporności niestety nie mogę się wypowiedzieć, bo w deszczu w niej nie jeździłem. Czapeczka zapakowana jest w oryginalną torebkę strunową Biemme. W sumie może nie jest to jakoś wyjątkowo istotny szczegół, ale miło, że nie jest to typowa folia od Chińczyka. Podsumowując - jak najbardziej polecam! Cenowo nie jest może rewelacyjnie (ja - jak wspomniałem - miałem szczęście dostać ją w prezencie), ale jeśli ktoś jeździ w chłodne dni - wg mnie naprawdę warto zainwestować.

20 grudnia 2011

Tylne koło zULTEGRowAne

No pięknie, prawie miesiąc minął od dnia, kiedy dotarły do mnie nowe kasety. Dziś wreszcie dobrałem się do Scotta i poza usunięciem z niego warstwy kurzu, która pojawiła się niestety od czasu ostatniej jazdy, wymieniłem kasetę z 5600 11-23 na 6700 12-23. Tadam!


Przy okazji wyczyściłem dokładnie kółka przerzutki, żeby ograniczyć zbieranie się różnej maści nieprzyjemnych zjawisk na również wyczyszczonym łańcuchu. Nowa kaseta jest tak urocza, że aż szkoda z niej korzystać ;) No ale przecież nie będę na nią patrzył do końca życia. Łańcucha na razie i tak nie zakładałem, bo kolejny raz objawił się dziś mój rowerowy pech. Ponieważ z pisaniem pracy mam chwileczkę wytchnienia, poważnie brałem pod uwagę to, żeby jutro pójść na rower. Jak się godzinę temu zorientowałem, raczej niewiele z tego wyjdzie, bo... zaczął padać śnieg. Tak tak, ciężko (pozornie!) mi dogodzić - niedawno narzekałem jeszcze na jego brak, a teraz mi nie pasuje, że pada ;) Rower będzie zatem musiał poczekać. Nic nie wskazuje jednak na to, że czasu na jazdę będzie więcej, ale o tym już było... Jutro trzeba rozpocząć świąteczne porządki, a w ramach nich zrobię chyba przegląd w zbędnych częściach rowerowych i może przygotuję jakieś zaczątki aukcji, żeby wystawić je po całym tym świąteczno-noworocznym zamieszaniu.

18 grudnia 2011

Terminarz Rowerowy 2012

Podczas niedawnego wspierania św. Mikołaja w poszukiwaniu prezentów spotkała mnie mała niespodzianka. Niespodzianka rowerowa. Od jakiegoś czasu rozglądałem się za nowym kalendarzem, bo żywot obecnego dobiega końca z racji kończącego się roku. Nic mi jednak do końca nie pasowało - albo format nie taki, albo rozkład, albo jeszcze jakieś inne drobiazgi. Byłem akurat w Empiku i tym razem odpuściłem sobie kalendarze, bo zależało mi na czasie. Jednak przechodząc obok półki z nimi, moją uwagę zwróciło coś, obok czego nie można było przejść obojętnie ;) Po krótkim zapoznaniu się z wnętrzem, stwierdziłem, że jest fajnie. I tak oto w moje łapska wpadł... Terminarz Rowerowy 2012:


Poza standardową zawartością wszystkich kalendarzy, znaleźć w nim można typowo rowerowe informacje. Wśród nich m.in. opis różnych dyscyplin kolarstwa (w tym torowego), poszczególne części roweru (razem z tłumaczeniami na kilka języków), jakieś podstawowe informacje o odżywianiu, ubezpieczeniach czy pierwszej pomoc. Na każdej stronie jest też miejsce na wpisanie dziennego, tygodniowego i całkowitego przejechanego dystansu (oj, pusto będzie w tym 2012, oj pusto... ;)). Oprócz tego jest spora baza sklepów rowerowych, maratonów rowerowych, for internetowych czy związków kolarskich.  Prosty pomysł, a może przyciągnąć rowerowych zboczeńców (chociaż są też wersje dla innych zboczeńców - np. Terminarz Żeglarski, Piłkarski czy Wędkarski), tak jak stało się to w moim przypadku ;)

Format B5, twarda (chociaż zmiękczona gąbką) okładka. Wydawnictwo Tebra. Kalendarze można kupić na stronie terminarze.pl.

17 grudnia 2011

Zamieszanie z transferem Marka Rutkiewicza

Jakoś w październiku br. pojawiła się informacja, że Marek Rutkiewicz przechodzi z rzekomo rozwiązywanego CCC Polsatu Polkowice do niemieckiego Team NetApp (pro continental). Wszyscy się ucieszyli, że kolejny Polak będzie miał okazję jeździć za granicą, bo jak wiadomo, u nas niestety zbyt dużych perspektyw na jakieś poważniejsze ściganie nie ma. W NetApp jeździ obecnie Bartek Huzarski, więc w składzie byłoby już dwóch naszych reprezentantów, pomijając innego zawodnika kupionego z CCC przez NetApp, którym jest Andre Schulze. Parę dni temu pojawiła się jednak informacja, że z transferu Rutkiewicza nic nie wyjdzie. Nie wiem, co za tym wszystkim stoi, ale sytuacja jest dość dziwna, bo Marek twierdzi, że podpisywał i odsyłał Niemcom jakieś kontrakty, ci z kolei uważają, że żadnych umów nie było... W ruch poszli prawnicy, ale co dalej - nie wiadomo. Rutkiewicza przygarnął z powrotem CCC Polsat Polkowice, więc w ogóle będzie miał gdzie jeździć. Ciekaw jestem kolejnych nowinek w tej sprawie. A już za niecały miesiąc pierwszy wyścig UCI World Tour 2012 - Tour Down Under :>

15 grudnia 2011

Ja chcę do Specialized'a!

Temat bardzo aktualny, bo związany z szukaniem pracy. Wiem już, gdzie chcę pracować. Specialized! Pomarzyć nie zaszkodzi ;) A dlaczego? Zobaczcie sami :>



12 grudnia 2011

Zmagania z nagłówkiem

Ostatnio dowiedziałem się (bo u mnie wszystko wyglądało tak jak powinno) od M, że nagłówek bloga źle się wyświetla i jest jakoś dziwnie przeskalowany. W moim Firefoksie było ok, ale po sprawdzeniu w IE już nie i uzyskałem efekt, o którym mówiła M:


Dziś się okazało, że w Firefoksie też jest źle... Najlepsze jest to, że nic z tym obrazkiem nie robiłem :) Podobnie jak ze zdjęciem profilowym, które nie wiadomo dlaczego, zmieniło się jakiś czas temu w biały wykrzyknik na czarnym tle. Ustawiłem jeszcze raz nagłówkowy obrazeczek i usunąłem z jego adresu fragment odpowiadający za skalowanie. Jeśli dobrze pamiętam, to ostatnim razem też to zrobiłem i było dobrze. Było, po czym postanowiło już nie być... ;) W razie gdyby coś się jeszcze kiedyś posypało, to wszem i wobec ogłaszam ;) że powinno być tak:

09 grudnia 2011

Edukacja rowerowa gimnazjalistów

W dzisiejszej Gazecie Wyborczej natknąłem się na nie lada ciekawostkę znajdującą się w części matematycznej próbnego egzaminu gimnazjalnego 2011/2012. Jestem pełen uznania dla naszego systemu edukacji, gdyż dba o to, aby na wszelakich internetowych forach rowerowych było coraz mniej pytań początkujących rowerzystów o dobór właściwego rozmiaru ramy. Chcąc się przekonać, czy zasłużenie skończyłem gimnazjum, przejrzałem na szybko zamieszczony w gazecie arkusz. Oto, co m.in. ukazało się moim oczom (trzeba otworzyć w nowej karcie, bo wbudowana przeglądarka Bloggera nie pozwala na powiększenie):

http://www.gazetaedukacja.pl

Wg informacji do zadań 8. i 9. okazało się, że mam za małą ramę...! ;) Nie wiem, skąd CKE wzięła ten sposób obliczania prawidłowego rozmiaru, pierwszy raz się z nim spotykam. Nie zmienia to jednak faktu, że wyniki wychodzą całkiem sensowne. Można przymknąć oko na to, że fragment rury podsiodłowej (pod siodełkiem) od środka rury górnej (tej łączącej siodełko z kierownicą) do końca ma 9 cm i że średnica suportu (miejsce, w którym obracają się pedały) to 8 cm ;) Kąty też jakby specyficzne... :) Jak by jednak nie było, fajnie że pojawiło się takie zadanie. Plus za prawidłowe zaznaczenie pomiaru C-C :) Nie podali jednak, o jaki typ roweru chodzi i co w przypadku, kiedy rama jest slopingowa, ha! Mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że przynajmniej te 3 zadania (resztę już odpuściłem, przyznaję się bez bicia...) z próbnego egzaminu gimnazjalnego rozwiązałem prawidłowo. Teraz pozostaje już tylko skończyć magisterkę i edukację uznać za skończoną ;)

06 grudnia 2011

Pierwsze 5000 odwiedzin!

Liczba odwiedzin bloga przekroczyła dziś 5000 :) Wielkie dzięki wszystkim za mniej lub bardziej regularne odwiedziny (te przypadkowe też ;)) i zapraszam częściej!


05 grudnia 2011

Rafał Majka liderem Saxo Banku na Giro d'Italia 2012!

Sezon 2011 się skończył, dawno nie było żadnych informacji o zawodowym peletonie, ale jest okazja, żeby napisać pierwszego posta z etykietą UCI WorldTour 2012 jeszcze przed rozpoczęciem nowego sezonu ;) Otóż przed chwilą przeczytałem na Cycling News świetną wiadomość, o której aż głupio byłoby nie wspomnieć. Wydaje mi się, że 5 grudnia nie jest jakimś zimowym prima aprilis, ale tego się naprawdę nie spodziewałem. I pewnie nie tylko ja. Jak w temacie - Rafał Majka będzie liderem ekipy Riisa w przyszłorocznym Giro! Pomijam szanse na wygraną, ale bardzo cieszy to, że Polak został doceniony i na niego będzie jechał cały zespół. Rafał trafił do Saxo Banku na początku 2011 r. i jak widać, dał się poznać z dobrej strony. Pozwala to w jakimś tam stopniu mieć nadzieję, że może jeszcze będzie trochę okazji, aby pooglądać Polaków na najważniejszych wyścigach. A okazji do oglądania Polaka w roli lidera jednej z najlepszych drużyn na świecie nie było dawno.

29 listopada 2011

Zmiana kasety w Authorze

Postanowiłem dziś w ramach krótkiej przerwy w obowiązkach zabrać się wreszcie za zmianę kasety. Najpierw padło na Authora. Zacząłem od zdjęcia łańcucha. Ambitnie zdecydowałem, że od razu go wyczyszczę. Tak też zrobiłem, jednak chwilę później stwierdziłem, że założę jednak nowy HG50. Obecnie założony ósemkowy SRAM sprawiał już wrażenie zbyt hm, elastycznego ;) Ogniwa są już nieco poluzowane i trochę za bardzo latają na boki. Skoro jest nowa kaseta, to niech będzie i nowy łańcuch skoro i tak już go mam. Z korbą nie powinno być problemu, bo to chyba była ostatnia ze zmienianych części, kiedy jeszcze śmigałem Authorem w terenie. W razie co mam chyba nawet gdzieś zachomikowane dodatkowe, nowiutkie tarcze :) A nie, chwila... Chyba zmieniałem korbę, ale właśnie tarcze zostawiłem z poprzedniej korby żeby je dojeździć do końca. No to cóż, jak będą problemy - założę nowe ;) Wychodzi na to, że będzie - jak to się mówi - homogeniczny (nie homogenizowany ;)) napęd Shimano. Po łańcuchu zabrałem się już za główną atrakcję - kasetę. Kiedyś musiałem chyba być silniejszy, bo miałem dziś pewne trudności z odkręceniem jej ;) No ale ostatecznie wygodniej sobie wszystko chwyciłem i jakoś się udało. Z grubsza wyczyściłem bębenek z zewnątrz i ogólnie doprowadziłem do jako takiego porządku okolice kasety. Zdjąłem też przy okazji plastikową podkładkę znajdującą się między kasetą i szprychami (nawet udało mi się jej nie połamać, ha! ;)). Z nową kasetą problemów nie było. Łańcucha jednak na razie nie zakładałem. Nie wiem, kiedy teraz wsiądę na rowerek (chociażby żeby gdzieś dojechać), a nie chciałem, żeby od razu łapał kurz ;) Trzeba go też zapewne będzie przy okazji skrócić, no ale to akurat długo nie będzie trwało. Ciekaw jestem wrażeń z jazdy z nową kasetą. Możliwe, że będzie mi troszkę w mieście brakowało zębatki 11T, bo przy 44T z przodu nie było to aż takie ciężkie i nawet często korzystałem z takiej kombinacji. Teraz najmniejszą będzie 12T, ale za to będę też pewnie wykorzystywał więcej zębatek niż jak dotychczas tylko te najmniejsze. Plan na kolejną wolną chwilę to zmiana kasety w szosie (to już pewnie odpowiednio udokumentuję fotograficznie ;)) i może przygotowanie aukcji z kilkoma częściami, które przez ostatni czas się uzbierały i zakwalifikowały do przekazania drogą sprzedaży bardziej potrzebującym ;)

23 listopada 2011

Przybyło nowe uzębienie ;)

Otóż miałem wczoraj przyjemność odebrać od zmarzniętego pana kuriera paczuszkę z zamówionym żelastwem. Zawartość prezentuje się mniej więcej (bo na zdjęciu nie ma paragonu, mea culpa ;)) tak:


Teraz już wiem, za co płaci się więcej w przypadku Ultegry - za zamknięte pudełko! ;) W przypadku 105 była otwarta przednia ścianka, a jak widać - w przypadku najniższej Sory jest to najzwyklejsza folia z przypiętą tekturką. No ale nie na opakowaniu się jeździ, co nie? ;) Znowu mam tak, że aż mi żal zakładać tych części, takie są czyściutkie i ładne, hehe. Pomijam to, że jakoś na razie mi czasowo nie po drodze do grzebania w rowerze, nawet jeśli zmiana kasety nie trwa zbyt długo... Teraz mnie jeszcze bardziej kusi, żeby gdzieś pojechać, a realia są jakie są ;) Jak wygląda nowiutka, czyściutka, świecąca i pachnąca 6700 12-23T widać poniżej. Ten plastikowy trzpień, na który jest założona kaseta jest oczywiście tylko do zdjęcia, bo dzięki niemu wszystko trzyma się przysłowiowej kupy i łatwiej zapanować nad krnąbrną kasetą ;) A że na stałe połączone są tylko zębatki 19, 21 i 23T, to reszta (pozostałe 7 zębatek i prawie drugie tyle podkładek dystansowych) lata jak szalona.


Ach, podoba mi się krzywa stworzona przez zęby kolejnych zębatek ;) Jeśli przejmowałbym się bardzo (za bardzo) wagą poszczególnych części i całego roweru, to dziś miałbym okazję do rozpaczy - Ultegra jest o 3 g cięższa (czyli waży 221 g) od 5600 11-23T! Tragedia! Teraz będę chyba wolniej jeździł ;) Co jak co, ale dzięki temu, że poza wspomnianymi trzema zębatkami reszta nie jest połączona, można ładnie zaobserwować jak mądre głowy z Shimano walczą o każdy gram poprzez wycinanie otworów w zębatkach (na zdjęciu jest pająk z 19, 21 i 23 T oraz 18T i 16T):


Przy okazji zważę sobie z ciekawości tą Sorę, chociaż wynik będzie raczej ciężki do porównania, bo to 8s a nie 10s. Teraz pozostaje tylko znalezienie chwili na założenie obu kaset. O jakiejś jeździe próbnej na razie niestety nie myślę, ale i na to pewnie przyjdzie czas. Mam nadzieję, bo nóżki świerzbią ;)

19 listopada 2011

Kasetowe rewolucje

Oj, dawno nie było żadnego wpisu o rowerowych gratach. Po prostu nic się nie zmieniało, to i nie było za bardzo o czym pisać. Fakt, że do Scotta wsadziłem właściwie wszystkie te części, które chciałem ma też jak widać swoje wady ;) Myślę jednak, że (pomijając zużywające się części napędu) prędzej czy później i tak pokuszę się o jakąś zmianę, hehe. Tak naprawdę, to częściowo już się pokusiłem... Ale od początku ;) Jakiś czas temu (zauważyłem właśnie, że równo 8 miesięcy temu - to musi być jakiś znak! ;)) poruszyłem pewną kwestię. Mianowicie - chodziło o dobór odpowiedniej kasety. Pisałem, że pewnie w niedalekiej przyszłości (docelowo miało to być zużycie obecnej 5600) zdecyduję się na zmianę 105 na Ultegrę. Z pewną niechęcią, bo czuję jakiś sentyment do 105, a i cały rower złożyłem na 105 (no, suport jest z Ultegry... ;)). Przejechałem na obecnej kasecie 5600 11-23T te kilka tysięcy kilometrów i dostrzegłem lekką wadę tego rozwiązania, której troszkę się wcześniej obawiałem. Zębatki 11T użyłem może ze 3 razy. No właśnie, bez sensu :) Nie wspominam o tym, że 23T chyba ani razu, ale biorąc od uwagę to, po jakim terenie jeżdżę - liczyłem się z tym. Kasety z największą tarczą 21T to w przypadku Shimano tylko Dura-Ace, a te - cóż - troszkę więcej już kosztują. Tak więc, w kwestii największej tarczy nie mam do siebie pretensji. Trochę inaczej jest w przypadku najmniejszej, ale człowiek się uczy na błędach. A efekt tej nauki jest taki, że wczoraj przeglądając z ciekawości Centrum Rowerowe zobaczyłem, że jest ostatnia sztuka 6700 12-23T. No dobra... Nie skończyło się oczywiście na tym, że zobaczyłem. Tak. Zrobiłem to, przyznaję się! Wybacz, M... Zobacz jednak jaki jestem kochany - od razu Ci o tym wczoraj powiedziałem :D Zamówiłem więc Ultegrę. Przez chwilę (jakiś czas temu) rozważałem też zakup 105 w uniwersalnym uzębieniu 12-25T, ale doszedłem do wniosku, że to bez sensu, bo zamienię nieużywaną 11T na nieużywaną 25T (gór to tu nie mam ;)). Tym, co mnie skusiło na 6700 jest to, że jest tam zębatka 18T, której nie było w dotychczasowej 5600 11-23. Tak więc, nieprzydatną mi 11T zamienię na już bardziej przydatną 18T - całość wygląda zatem tak: 12-13-14-15-16-17-18-19-21-23T. Myślę, że to dobry wybór i będę zadowolony z dostępnych przełożeń. A że nie będzie pełnej grupy 105 - cóż, lepiej żeby w tym przypadku było praktycznie niż ideologicznie ;)

To niestety nie koniec tej porywającej historii... Zanudzania o kasetach ciąg dalszy. Postaram się jednak szybciej. Ostatnio pisałem też w kwestii Authora, że nie jestem do końca zadowolony z przełożeń. Jakiś czas temu zaświtał mi w głowie pomysł, że skoro jeżdżę nim obecnie tylko po mieście, to fajnym rozwiązaniem mogłoby być założenie do niego szosowej kasety. Los i wszystkie gwiazdy na niebie widocznie też tak zdecydowały, bo przy wyżej wspomnianej wizycie na stronie CR znalazłem Sorę 12-23T 8s (również ostatnia sztuka), czyli tak naprawdę to, czego potrzebowałem. Ze względu na to, że to Sora i że na 8s - wyjdzie zdecydowanie mniej boleśnie dla portfela niż Ultegra na 10s ;) Do kompletu łańcuch HG50 na wypadek, gdyby kaseta nie polubiła się z obecnie założonym. Więcej grzechów nie pamiętam.

Potraktuję to chyba jako prezent pod choinkę. Czekam jeszcze oczywiście na potwierdzenie ze sklepu, bo na razie wciąż muszę żyć (do poniedziałku!) w niepewności czy nie okaże się, że czegoś nie mają. Myślę jednak (a raczej mam nadzieję), że wszystko się znajdzie i już niedługo będę miał w domu 2 kasety do założenia. Szkoda tylko, że z jazdą trzeba będzie poczekać jeszcze trochę czasu, ale taki już mój los ;)

16 listopada 2011

Słońce!

Dziś, niespodziewanie pokazało się słońce po kilku dniach całkowitego zachmurzenia i jakichś głupawych mgieł. Temperatura właściwie taka jak ostatnio, czyli mało satysfakcjonujące okolice 4°C, jednak nawet pomimo słońca i tak było zimno. Stąd też postanowienie, żeby już jednak coś na głowę zakładać na rower, bo nie chciałbym się rozłożyć. Dobrze chociaż, że nie sprawdziły się prognozy pogodowych szamanów mówiące, że od wczoraj miał padać śnieg. Miło było wyskoczyć nawet na tą chwilkę, bo zawsze to trochę ruchu, a i świeżego powietrza (o ile powietrze w Warszawie może być świeże) można było trochę powdychać. Ostatnio patrzyłem też na szybko na ceny łańcuchów i kaset 8s., kół i amortyzatorów żeby kiedyś ew. przezbroić trochę Authora. Nic kosmicznego, jakieś podstawowe modele. No i nie będzie aż tak źle, jeśli już bym się na coś decydował. Jak na razie jednak wcale nie jestem zdecydowany nawet na to czy coś zmieniać, więc pewnie i tak jeszcze się trochę wstrzymam ;) Dobrze chociaż, że nie powinno to pochłonąć milionów złotych. Ani na wadze ani jakiejś kultowości mi nie zależy, nawet chyba lepiej żeby nie rzucało się w oczy, biorąc pod uwagę to, że rower dość często gdzieś przypinam.

11 listopada 2011

Jens "Chuck Norris" Voigt

Niedawno pisałem o sposobie Jensa Voigta na walkę z brakiem sił. Tym razem znowu o Jensie i znowu z przymrużeniem oka:


Mój zdecydowany faworyt:

Jens Voigt nigdy nie próbował pobić rekordu w  jeździe godzinnej, ponieważ mógłby to zrobić w krótszym czasie.

Natomiast Wielu kolarzy ma jedną nogę silniejszą niż drugą. Jens każdą z nóg ma silniejszą od drugiej przypomina mi trochę 2 dość specyficzne dowcipy:

Czym się różni wróbelek? Tym, że ma jedną nóżkę bardziej niż drugą.
Czym się różni krokodyl? Tym, że jest bardziej zielony niż długi.

Zgadza się, dowcipy nie zawsze muszą mieć sens. Ważne, że jest Jens :D

Rym zamierzony, ha!

10 listopada 2011

Author, ciemno, zimno

Dzisiaj zaliczona króciutka jazda na Authorze. Po zakupy. Wieczorem. 3°C. Krótko i na temat ;) Ponieważ zakupy trzeba było zrobić, a w ciągu dnia było to raczej niemożliwe, nie pozostało nic innego jak wykonać kurs ok. 20. Pomyślałem, że to świetna okazja, żeby przejechać rowerem chociaż te kilka kilometrów. Szkoda paliwa, prawda? ;) Tak więc, lampka na przód, tył, plecak na garbate plecy i w drogę. Oczywiście do tego kurtka rowerowa i rękawiczki - dzięki nim jakoś przeżyłem. Najbardziej ucierpiała głowa, ale na szczęście dystans króciutki, więc nie było aż tak źle. Ach, przypomniały mi się stare czasy, jak jeszcze chodziłem do liceum (kiedy to było?!? ;)) i praktycznie codziennie jeździłem popołudniami/wieczorami na kilka/-naście kilometrów żeby się poruszać, dotlenić pustą głowę i zrobić sobie krótką przerwę w nauce. Miałem właściwie stałą trasę, ale nie o podziwianie widoków mi wtedy chodziło. Prowadziła właściwie cały czas ścieżką rowerową, co w świetle polskiej infrastruktury rowerowej może trochę dziwić, ale nie było aż tak źle. Miejsca było pod dostatkiem, świateł po drodze mało, więc można się było rozpędzić. Nie przeszkadzało nawet bardzo to, że jak zdecydowana większość polskich ścieżek - jest z kostki ;) Zdarzało się też jechać w środku zimy do lasu. O ile godz. 18 można nazwać środkiem nocy to mogę powiedzieć, że jeździłem też w środku nocy, bo było już wówczas tak samo ciemno jak np. o 23 ;) Jechało się jakąś leśną, zaśnieżoną drogą, widać było tylko (dosłownie :>) to, co w jakimś tam stopniu dawała radę oświetlić przednia lampka. Marzło się, czasem nawet za bardzo, ale warto było. No ale nie o tym teraz, bo znowu trochę odbiegłem od tematu ;) Rower to fajna sprawa. Wiadomo, w porównaniu z samochodem jest minimalnie więcej zamieszania z przypinaniem/odpinaniem roweru, pakowaniem tych wszystkich gratów do plecaka (który to ma ograniczoną pojemność i często - jak również dzisiaj - jazdę urozmaica trzymanie dodatkowej torby w ręku ;)) itd. Wygodniej jest oczywiście wrzucić wszystko do bagażnika i w ciepełku, słuchając muzyki, bez wysiłku wrócić do domu. Nie zawsze jednak wygodniej oznacza fajniej. Oprócz tych wszystkich upierdliwości troszkę zmarzłem. Było krótko, ale podobało mi się. Mała rzecz, a cieszy! :)

03 listopada 2011

Szosa 03-11-2011 (70)

Po 2 dniach przerwy przyszła kolej na wstępne zakończenie sezonu. Dokręciłem dziś do postanowionych niedawno 300 km i na liczniku są już upragnione cyferki. Nie jest to duża liczba, ale i tak cieszę się, że udało mi się chociaż tyle przejechać. Straciłem trochę czasu przez pogodę/studia/składanie roweru/inne... Zazwyczaj nie kończę oficjalnie sezonu, ale teraz sytuacja jest nieco inna, o czym w następnym wpisie. Dziś jechało się całkiem miło. Ponieważ w planie było 70 km, sprawa była prosta - kierunek: Czosnów ;) Wiał dziś lekki wiatr, który pomagał jechać w tamtą stronę cały czas ponad 35 km/h i nie przeszkadzał na tyle, żeby nie jechać z powrotem tych 30 km/h. Kolejny raz byłem zadowolony z moich chudych nóżek, które pracowały całkiem solidnie ;) Najbardziej chyba mi żal tego, że jak już kolejny raz złapałem jakąkolwiek formę, to muszę na jakiś czas odstawić rower. Chyba jakieś fatum nade mną wisi ;) Droga do Czosnowa minęła dziś błyskawicznie, nawet nie wiem kiedy. A kręciło się tym przyjemniej, że słońce wyszło zza chmur i pogoda zrobiła się naprawdę sympatyczna, chociaż temperatura i chłodny wiatr i tak nie zachwycała. W porównaniu z ostatnimi dniami, kiedy to dominował ponury nastrój i gęste mgły, było to fajną odmianą. A zresztą... Dziś rano przecież też jeszcze tak było. W Czosnowie kolejne miłe zaskoczenie. Dziurawe dotąd skrzyżowanie ul. Rolniczej z Warszawską przekształciło się w rondo z równiutkim asfaltem (nowy asfalt jest też na Warszawskiej, z której to zrobiłem zdjęcie - Rolnicza odchodzi w lewo):


Teraz zawrócenie będzie jeszcze prostsze ;) Jak już napisałem, z powrotem jechało się nieco ciężej, ale bez tragedii. Pomimo świecącego słońca, mgła i tak jeszcze sobie wisiała tu i ówdzie. Co prawda poniższe zdjęcie zrobiłem prawie idealnie pod słońce, a i w rzeczywistości ładniej się to prezentowało, ale będę sobie mógł powspominać w zimie ;)


Nie, nie zasłoniłem 1/3 obiektywu palcem - to pole ;) Dalsza droga bez większych niespodzianek. Też całkiem szybko minęła, aż byłem zdziwiony. Sporo dziś jechałem na dużej tarczy i w dolnym chwycie. O tym, że nogi już się rozkręciły miałem kolejną okazję przekonać się na pseudopagórkach w Łomiankach, które to przejechałem na dużej tarczy. Ach, fajnie jak można sobie troszkę mocniej pocisnąć ;) No i super, że od pewnego czasu jest tam wreszcie równiutki asfalt, a nie te betonowe płyty. Miło dziś było, ale się skończyło ;)

Cóż, na razie muszę zrobić przerwę od roweru. Mam jednak nadzieję, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło i świat się nie zawali... ;)

31 października 2011

Szosa 31-10-2011 (60)

Ge-nial-nie! To tak jednym słowem, a trzema sylabami ;) Znowu miałem okazję przekonać się, że bardziej regularna jazda w połączeniu z króciutką przerwą (jak to mówią, regeneracja to też trening, chociaż osobiście daleko mi do trenowania jako takiego ;)) daje naprawdę świetne efekty. Ale od początku. Owszem, planowałem dziś rower, ale widząc sytuację za oknem zacząłem się zastanawiać. Dziś był/jest typowy jesienny dzień w wersji ponurej. Zero słońca, niebo zachmurzone w 100% i jako bonus lekka mgła. Do tego jakby straszyło deszczem. No ale ponieważ do odważnych świat należy ;) to postanowiłem się zebrać. Już od pierwszych metrów wiedziałem, że dziś będzie dobrze. Tzn. jeśli chodzi o nogi, a nie pogodę, bo parę razy nawet dostałem jakimiś pojedynczymi kropelkami, ale to nie złamało mojego hartu ducha i nie odebrało chęci do jazdy ;) Od początku jakoś lekko mi się kręciło, łatwiej przyspieszało i utrzymywało nieco wyższą niż zwykle prędkość. Z niepohamowaną radością wolałem się jednak nie spieszyć i poczekać do wyjazdu za miasto ;) To było nieco ułatwione, bo dziś również dało się odczuć to, że spora część ludzi powyjeżdżała w związku z jutrzejszym świętem. Miasto prawie opustoszało. Tam, gdzie zwykle można natknąć się na korki, dziś nie było o tym mowy. No i super. Nie żałowałem też, że wziąłem ze sobą lampkę. Niestety tylko tylną (ze świeżutkimi bateriami - wali teraz po gałach jak dawniej ;)), ale i tak pewniej się czułem, bo widoczność dziś taka sobie. Za miastem, właściwie z każdym kilometrem czułem się coraz lepiej i mocniej. Duża tarcza była dziś bardzo mile widziana i chętnie z nią współpracowałem. Na liczniku cały czas powyżej 30 km/h, a i często powyżej 35 km/h. Nogi jakoś same się kręciły. Nie oznacza to, że w ogóle nie czułem zmęczenia, ale nie było to takie zmęczenie jakie czuć można po dłuższej przerwie i małej ilości kilometrów w nogach. Dziś po prostu czułem, że mięśnie solidnie pracują, ale w zupełności mi to nie przeszkadzało. Zahaczyłem sobie też o Trakt Królewski w obie strony. Na stosunkowo długim odcinku jest zerwany jeden pas, ale że ruch niewielki, to i problem niewielki - jakoś się dało przejechać. I dziś też pojechałem trochę inną trasą w tamtą stronę - zamiast skręcać w Szkolną, skręciłem w ul. Białej Góry/Sportową. Bliżej Lipkowa jest tam co prawda asfalt poprzecinany regularnie lekkimi uskokami, ale za to wcześniej jedzie się całkiem miło:


Drugie zdjęcie może niekoniecznie pokazuje miłość tego odcinka, ale akurat w tym miejscu się zatrzymałem i poza brzęczeniem kabelków nade mną, moją uwagę zwróciła symetria owej malowniczej scenerii... ;)

Ostatnio mam też nową formę rozrywki na rowerze - zwłaszcza w mieście i zwłaszcza odkąd na zewnątrz jest raczej ponuro. Pokazuję kierowcom, których to dotyczy, że jadą z wyłączonymi światłami ;) Cóż to za kojące duszę uczucie, gdy pan/pani za kierownicą z radosnym uśmiechem dziękuje za przypomnienie... Trzeba sobie pomagać :D Przy skrzyżowaniu Towarowej i zamkniętej obecnie Prostej stoi od dłuższego czasu mechaniczny potworek do drążenia korytarzy II linii metra (a przynajmniej tak obstawiam):


Zdjęcie wyszło częściowo nieostre (może obiektyw był zaparowany?), ale najważniejsze udało się chyba uchwycić. Ach, ta technika... Szkoda tylko, że połowa ulic jest od pewnego czasu zamknięta ;)

Dziś było naprawdę świetnie. Dawno tak dobrze mi się nie jechało. Gdyby nie limit czasowy, chętnie przejechał bym sobie jeszcze xx km. No ale limit to limit i trzeba się cieszyć tym, co jest :)

30 października 2011

Finish Line Ceramic Wax Lube


Widoczna powyżej buteleczka, a właściwie jej zawartość, będzie bohaterem dzisiejszego posta. Jako że jednak postanowiłem sobie zrobić dziś dzień przerwy w jeżdżeniu, napiszę parę słów o owym oleju. Ceramic Wax Lube od FL jest olejem parafinowym, zawierającym magiczne ceramiczne drobinki. Równie magiczny napis Maximum cleanliness widoczny na opakowaniu jest wg mnie nie tylko fajnym hasełkiem mającym zachęcić klienta do zakupu, ale ma w pewnym stopniu odzwierciedlenie w rzeczywistości. Olej tworzy powłokę, która nie jest zbyt skora do łapania brudu, co cieszy. Łańcuch posmarowany białym finisz lajnem pozostaje naprawdę czysty przez paręset kilometrów. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że tylko raz zdarzyło mi się jechać w deszczu i że użytkuję go na szosie. Nie wiem, jak przedstawiała by się kwestia czystości, gdybym zrobił tyle samo kilometrów w lesie po piachu... Porównując go np. z zielonym FL, jest naprawdę nieźle. Na łańcuchu nie gromadzi się czarna maź, która z upływem czasu i kilometrów zaraża pozostałe elementy napędu. Nie jest oczywiście tak, że łańcuch oślepia na kilometr swoim blaskiem i nieskazitelnością, ale stosując białego FL na pewno łatwiej utrzymać napęd w czystości. Po wspomnianym wcześniej deszczu zauważyłem, że krople wody niejako zbierają się na powierzchni łańcucha. Ciężko było mi oczywiście zajrzeć między sworznie, ale wyglądało to tak, jakby olej naprawdę utworzył dość solidną powłokę, która nie wchłania wilgoci. Producent zaleca, aby po wyczyszczeniu i nasmarowaniu łańcucha oraz odbyciu jednej czy dwóch jazd nałożyć drugą warstwę. Ma to pozwolić na uzyskanie pełnej powłoki ceramicznej. Tak też zrobiłem, żeby nie było, że nie stosuję się do zaleceń lekarza lub farmaceuty. Tak przygotowany łańcuch przejechał w moim przypadku ok. 700 km zanim zaczął pracować nieco głośniej. Przy 800 km zaczęły się pojawiać piski, co ze względu na moją wrażliwość na tego typu dźwięki docierające z okolic napędu zaklasyfikowało łańcuch do następnego smarowania. A skoro już przy dźwiękach jesteśmy... Tak jak zielony FL potrafił sprawić, że praca napędu była praktycznie niesłyszalna (co uwielbiam ;)), tak w przypadku białego sprawa już tak idealnie nie wygląda. Nie jest to oczywiście tak, że świeżo po nasmarowaniu łańcucha wszystko trzeszczy i stuka, ale pracę napędu po prostu słychać. Niezbyt głośno, ale jednak. Może to też nie do końca dobre porównanie, bo to w końcu różne rodzaje olejów... Nie do końca podoba mi się również kwestia wydajności. Jak na razie, łańcuch smarowałem chyba 2 razy, a pół buteleczki (cała ma 60 ml) jest już puste. Będę to musiał sprawdzić przy okazji, bo aż mi się nie chce wierzyć, że tak szybko schodzi. Taka sama buteleczka zielonego FL starczyła mi na ładne kilka tysięcy kilometrów... Na razie chyba tyle spostrzeżeń. Ogólnie jestem zadowolony. Głównie z tego, że łańcuch pozostaje tylko minimalnie zabrudzony, a i te 800 km na jednym smarowaniu wydaje się całkiem przyzwoite. Ciekawe jak olej sprawowałby się w gorszych warunkach? Na razie skończę tą flaszeczkę (starczy jeszcze na 2 razy, czy jednak więcej? ;)) i przy kupnie czegoś nowego spróbuję może polecanego w wielu miejscach legendarnego Rohloffa?

29 października 2011

Szosa 29-10-2011 (50)

Oj, dziś jakoś wyjątkowo ciężko było mi się zebrać. Rano było ponuro, a ja czułem się jakoś dziwnie. Tzn. może nie tyle dziwnie, co czułem, że dziś powinienem chyba zrobić przerwę od roweru. Pewnie wyszło by mi to na dobre, ale mimo wszystko postanowiłem pojechać. Dzień przerwy zrobię może jutro albo w zbliżający się dzień Wszystkich Świętych. Albo w ogóle, zobaczymy... :D Jak już wylazłem z mieszkania, chęć do jazdy się pojawiła. Często tak mam, że najtrudniej się zebrać, a potem już nie ma żadnego problemu. Pomimo tego, że chęć się pojawiła, jakoś ciężko mi się kręciło. Właściwie równo z moim wyjściem wyszło słońce zza chmur, więc pogoda aż tak bardzo nie demotywowała ;) Jednak dopiero po kilkunastu kilometrach wszedłem na jakieś obroty i do powrotu do domu było już ok. Bardzo mało dziś korzystałem z dużej tarczy, wolałem nieco wyższą kadencję. Fajnie, bo ruch na ulicach niewielki. Za to autobusów linii cmentarnych jakoś więcej - równowaga we wszechświecie musi być ;)

28 października 2011

Szosa 28-10-2011 (50)

Dzisiaj następna standardowa pięćdziesiątka. Ostatnio pogoda jest dla mnie łaskawa, ale dziś to po prostu przeszła samą siebie ;) Niby na termometrze lekko poniżej 10°C, ale dzięki walącemu z nieba słońcu było znacznie cieplej. Momentami chyba aż za ciepło ;) Jadąc przez podwarszawskie mieściny czuć było czasem zapach dymu, co w połączeniu z chłodnym powietrzem sprawiało, że można się było poczuć prawie jak w gdzieś w górach, po prostu super. Inna sprawa, że te moje okolice są płaskie jak stół, ale nie o wysokość chodzi ;) Dziś też przejechałem sobie dodatkowo prze Hornówek. W drodze do Starych Babic (chociaż zdjęcie jest zrobione w przeciwnym kierunku ;)) ustrzeliłem na pamiątkę słoneczny widoczek:


W ramach dzisiejszego urozmaicenia wróciłem Górczewską - ścieżką rowerową! ;) Kierowcy się tam czasem irytują jak się jedzie ulicą, a że ścieżka jest w znacznej części asfaltowa a nie z kostki, to jakoś się da przeżyć. Oczywiście stałym elementem ścieżek rowerowych, chyba nie tylko w Warszawie, są piesi i różnej maści inne jednostki, których nie powinno na nich być... Potem - na deser - był jeszcze slalom między samochodami stojącymi w korku w kierunku centrum. Ot, uroki Warszawy :) Jakoś się jednak przecisnąłem i dotarłem do domu. Zaraz jednak szykuje mi się bonusowe 8 km na Authorze :)

27 października 2011

Szosa 27-10-2011 (70)

Dziś miała być kolejna nudna pięćdziesiątka ;) Byłem zmuszony nasmarować przed jazdą łańcuch, bo zaczynał już trochę piszczeć, co mnie zawsze w jakimś tam stopniu irytuje i odbiera przyjemność z jazdy ;) Tak naprawdę, to powinienem zmienić łańcuch na poprzedni, ale leniwa ze mnie bestia i po zdiagnozowaniu, że ten praktycznie nie jest brudny, pomyślałem, że dotrzaskam na nim jeszcze te 300 km, a drugi łańcuch założę dopiero w przyszłym roku. Nie mam aż takiego kopyta, żeby po przejechaniu 300 km rozciągnąć łańcuch o miliardy procent, więc zakładam, że tragedii nie będzie ;) Na początek, już tradycyjnie, przejechałem sobie 5 km rundkę po mieście, żeby się trochę rozkręcić, ale dziś było o tyle inaczej, że przejechałem ją w naprawdę spokojnym tempie. Nie żebym zawsze pędził 50 km/h, ale niejednokrotnie samo z siebie wychodzi te ponad 30 km/h, a właściwie nie wiem po co... Tak więc, po spokojnej rozgrzeweczce skierowałem się na właściwą trasę. No i jechało się bardzo przyjemnie - tak jak ostatnio - z wiatrem w plecy. Tak się zastanawiam, czy nasmarowanie łańcucha i jego cichutka praca nie wpływa na osiągi... ;) Któryś raz zauważam, że jeśli napęd cicho pracuje, to jakoś lżej mi się pedałuje. Nie sądzę, aby było to zasługą tylko tego, że tarcie między elementami łańcucha jest pewnie o jakieś skromne procenty mniejsze. Może po prostu to, że napęd nie wydaje cierpiących dźwięków podświadomie sugeruje, że człowiek się mniej męczy i korby same się obracają? ;) Nieważne, filozof ze mnie kiepski więc lepiej zostawię ten temat, hehe. Mimo wszystko, postanowiłem sobie dziś trochę urozmaicić trasę. A owo wyjątkowe urozmaicenie polegało na dodaniu przejazdu ul. Lipkowską/Fedorowicza w tą i z powrotem ;) Kilometrów dużo nie przybyło, ale bardzo lubię tamten odcinek. Przy okazji uwieczniłem złotą polską jesień:


Potem było już standardowo, ale tamte okolice też lubię, więc bardzo nie cierpiałem ;) Po drodze uwieczniłem jeszcze kościół pw. Wniebowzięcia NMP w Starych Babicach. Jadąc ul. Sienkiewicza jest leciutki podjazd. Ten widoczek też lubię, kościół ładnie się wcześnie wyłania zza domów i zakrętu. Gdyby nachylenie tego podjazdu było większe i gdyby był wybrukowany, biorąc pod uwagę jesienną aurę możnaby się poczuć jak na jakimś klasyku ;)


Po dojechaniu w okolice domu miałem na liczniku jakieś 5x km. Miałem jeszcze trochę sił w zapasie, a i pogoda była coraz ładniejsza. Czasu było co prawda coraz mniej, ale pomyślałem, że trochę sobie jeszcze pokręcę, żeby trochę urozmaicić te ostatnie szosowe posty ;) Najpierw więc pojawiło się na celowniku 60 km. Ale jakoś za szybko zleciało... ;) Pomyślałem sobie mam jeszcze chwilkę, niech będzie 70 ;) Nie lubię co prawda dokręcać kilometrów po mieście, ale te 50 km jakoś błyskawicznie minęło. Źle bym się też czuł po powrocie, gdybym się wystarczająco nie zmęczył mając jeszcze trochę czasu w zapasie, hehe. Tak więc, wyszło ostatecznie 70 km, których w ogóle się dziś nie spodziewałem.

26 października 2011

Szosa 26-10-2011 (50)

Powtórka z rozrywki. Kolejne 5 dyszek, a co więcej - o zgrozo - tą samą trasą, co ostatnio ;) Ale co tam. Chciałbym jeszcze przejechać do końca roku 300 km, potem pewnie sobie odpuszczę, bo mam trochę na głowie, a zakończyłbym rok równą liczbą, heh. Niby mam na to 2 miesiące, ale nie wiadomo, jak będzie z pogodą. W miarę możliwości będę pewnie trzaskał do znudzenia te 50 km, bo na dłuższe trasy pogoda już taka sobie, a i w ciągu dnia na więcej nie za bardzo mogę sobie pozwolić. Byleby jeszcze 6 razy wyskoczyć na rower ;) Dziś w sumie nic wyjątkowego. 9°C za oknem i czasem słońce wyglądające zza chmur. Pojechałem bez ochraniaczy na buty, ale nie żałuję. Stopy trochę zmarzły, ale bez przesady. No i dziś zrezygnowałem też z koszulki między potówką a wiatrówką - też było ok. W tamtą stronę jechało się leciutko w okolicach 40 km/h, za to z powrotem już masakra, bo osiągnięcie 30 km/h nie było takie proste. Głównie dało się to odczuć na otwartej przestrzeni, za to między jakimiś zabudowaniami już znacznie lepiej. W drodze powrotnej udało mi się jeszcze spotkać z M, która kolejny raz umożliwiła mi uwiecznienie dla potomnych mej skromnej osoby - dzięki! Tym razem kolekcja jesienna ;) Wiatróweczka jest oczywiście czerwona, a nie hm... malinowa jak widać na zdjęciu:

23 października 2011

Szosa 23-10-2011 (50)

Po przejechaniu przez ostatnie dni tych xx km na Authorze, nogi zdążyły się już przyzwyczaić do nieco innej pracy i coraz ładniej sobie radziły. Aż sobie przypomniałem dawne czasy intensywniejszej jazdy na nim. Znowu naszło mnie na mocniejsze kręcenie, a to możliwe jest do zrealizowania np. za pośrednictwem Scotta ;) którego niestety musiałem ostatnio troszkę zaniedbać. Po porannych 2°C miałem jednak mieszane uczucia, ale postanowiłem, że rano zrobię sobie coś pożytecznego i poczekam aż trochę się ociepli. Tak się też stało i chociaż 8°C i tak jakoś bardzo nie zachęcało, to postanowiłem, że nie ma co marudzić tylko wsiadać i jechać :) W przypadku zimniejszych dni, od roweru odpycha mnie trochę konieczność zakładania na siebie kilku dodatkowych warstw. Spodenki, nogawki, potówka, koszulka, wiatrówka/kurtka, rękawiczki, buty, nogawki, ochraniacze na buty, kask... :) Dziś postanowiłem jechać bez czapki, bo mimo wszystko nie jest jeszcze aż tak zimno. W planach było jakieś 20, no może 30 km żeby się trochę rozruszać. Po tym, jak wsiadłem na rower, doznałem bardzo dziwnego uczucia. Prawie jakbym pierwszy raz siedział na szosówce. Zdążyłem ostatnio przywyknąć z powrotem do pozycji na Authorze i stąd zdziwienie. Cieszy mnie jednak to, że nie było tak, że wsiadłem i stwierdziłem, że to jakaś zupełnie inna pozycja. Stwierdziłem, że to zupełnie inna pozycja, ale jest mi wygodnie :) W tamtą stronę jechało się bardzo przyjemnie z wiatrem. Pierwsze kilka minut musiałem się na nowo oswajać z prowadzeniem Scotta, wchodzeniem w zakręty itd. No ale potem wszystko było już jak dawniej i poczułem się pewnie. Zdążyłem się też odzwyczaić od jazdy w rękawiczkach. Tak właściwie, to w ogóle troszkę się obawiałem jazdy na szosie, bo ostatnio, w trakcie prac budowlanych, zostałem lekko uszkodzony wiertarką, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało :D I to akurat w tym miejscu, gdzie kciuk przechodzi w palec wskazujący, a więc dokładnie tam, gdzie ręka opiera się na klamkomanetkach, heh. Gdybym był żabą, to bym napisał, że na błonie między palcami, ale że żabą ani specem od ludzkiej anatomii nie jestem, to tak nie napiszę ;) Mniejsza z tym, na szczęście jakoś wyjątkowo mi ta kontuzja nie przeszkadzała. Tylko kilka razy przy hamowaniu dała o sobie znać, poza tym było dobrze. Niepotrzebnie też obawiałem się tak temperatury. Stwierdziłem, że skoro pogoda jest jaka jest, to trzeba to wykorzystać i przejechać chociaż te marne 50 km, co też uczyniłem :) Miało dziś być słonecznie i ładnie, a było wyjątkowo pochmurno i ponuro, co widać na załączonym zdjęciu (zrobionym wczesnym popołudniem...). Minąłem dziś 2 szosowców i 4 patrole policji - jakaś wyjątkowo duża frekwencja ;) Cieszę się, że udało mi się dziś wyskoczyć na trochę. Byłoby miło, gdyby pojawiła się jeszcze jakaś okazja w najbliższej przyszłości, na co po cichu liczę.

20 października 2011

Grosz do grosza i będzie kokosza ;)

Ponieważ od pewnego czasu mam kłopoty ze znalezieniem jakiegoś wolniejszego dnia na szosę (ciekaw jestem, czy w tym roku jeszcze wsiądę na Scotta? ;)), staram się mieć jeszcze jakikolwiek kontakt z rowerem za pośrednictwem Authora. Ostatnio naprawdę doceniam, że dojazdy na rowerze w różne miejsca to fajna sprawa. Częściowa w tym zasługa pogody, która umożliwia pedałowanie z miejsca A do B w cywilnych ciuchach bez nadmiernego zgrzania się. Tu kilka kilometrów, tam kilkanaście, do sklepu, na wydział, gdzieś indziej... Dziś np. 25 km w różne miejsca i całkowity dystans przejechany w tym roku rośnie praktycznie sam. Nie są to jakieś wielkie liczby, ale na Authorze od momentu jego odświeżenia przejechałem już chyba trochę ponad stówkę. A i sporo czasu dzięki temu zaoszczędziłem. Pogoda już niestety zdecydowanie jesienna, ale póki jakoś strasznie nie pada i temperatura jest jeszcze w miarę znośna, postaram się to wykorzystać.

PS. Nie wiem dlaczego, ale słowo kokosza działa mi na nerwy... ;)

17 października 2011

Za nisko siodełko!

Ale ale... Nie ma problemu, nie chodzi o mój rower ;) Dziś po prostu jechałem na rowerku M, żeby odstawić go do urządzanego właśnie mieszkania, aby mógł sobie tam spokojnie przezimować. Nie miałem pod ręką niczego, czy mógłbym zaznaczyć obecną wysokość siodełka, więc jechałem z obecnym ustawieniem, które jest dostosowane do M. Damska rama 17" i właśnie niziutko ustawione siodełko sprawiło, że jechało mi się dość nietypowo ;) Starałem się jechać na stosunkowo miękkich przełożeniach, żeby kolana nie cierpiały. W czasie jazdy jednak i tak je trochę czułem, ale na szczęście potem nie było żadnych komplikacji. Podziwiam wszystkich fanów różnych dałnhilów, dirtów itp. - zdaję sobie sprawę, że tam się normalnie nie jeździ w takiej pozycji, ale jak widzę czasem jak owi rowerzyści dojeżdżają na swoich maszynach na miejscówkę i pedałują mając raz jedną raz drugą nogę prawie nad głową, to aż mnie boli ;) Ostatnio już pojawiają się temperatury poniżej 10°C i czasem powietrze wydaje się bardziej zimowe niż jesienne. Dziś jednak nie było aż tak źle, ale i tak pod koszulkę i bluzę założyłem potówkę. Właściwie w sam raz. Nawet dłonie mi nie zmarzły. Nie wiem, czy w bliżej nieokreślonej przyszłości nie zainwestuję ponownie w jakiś amortyzator do Authora. Oczywiście nic kosmicznego, może nawet jakiś prosty model z elastomerem. Jest jednak sporo wygodniej, a i nadgarstki pewnie byłyby bardziej zadowolone. Ale to raczej za jakiś czas... Jutro może kurs na Authorze po jakieś budowlane graty ;)

PS. No i jest ponad 4000 odwiedzin - dzięki!

16 października 2011

Porządki w etykietach

Króciutkie ogłoszenie parafialne, które nie ma oczywiście wpływu na losy świata, kurs dolara ani jutrzejszą pogodę na południu Brazylii ;) Zrobiłem porządek w etykietach postów. Postanowiłem wprowadzić troszkę większe uogólnienie. Dlatego też, zamiast etykiet konkretnych modeli różnych gratów, zostaje tylko etykieta producenta - jakiej dokładnie części dany post dotyczy będzie zawarte w treści. Podobnie z wyścigami - zamiast oznaczania każdego wyścigu jego nazwą i rokiem, w którym się odbył, będzie teraz tylko nazwa danego wyścigu i UCI WorldTour + dany rok (o ile oczywiście wyścig należał do WT). Nie będę wówczas co roku dodawał nowej etykiety wyścigu (tylko nową etykietę UCI WT), a której edycji dany post dotyczy będzie się można zorientować po dacie. Jutro (właściwie, to już dziś) jeszcze dokładniej rzucę okiem na resztę postów i powinien być porządeczek. No, to chyba tyle, czas spać ;)

15 października 2011

Koniec sezonu UCI WorldTour 2011

Nie będzie to przepastne podsumowanie całego sezonu z wyróżnieniem największych jego rewelacji, mnóstwem statystyk i innych ciekawych informacji - ot standardowy pościk o wszystkim i o niczym ;) Dziś odbył się ostatni z wyścigów w szosowym kalendarzu UCI - Il Lombardia (Giro di Lomabardia). Warto o nim wspomnieć chociażby dlatego, że genialne 5. miejsce zajął Przemek Niemiec! Relacji nie widziałem, ale wysokie miejsce Polaka na pewno może cieszyć. Teraz pozostaje czekać na przyszłoroczny Tour Down Under, który rozpoczyna się już 17 stycznia 2012 r. Trzeba będzie przeczekać ten okres czytając sobie o innych aspektach kolarstwa ;) To akurat udaje mi się całkiem fajnie realizować, bo jeżdżąc autobusem na budowę mogę (o ile nie ma zbyt dużego ścisku ;)) sobie poczytać zaległe numery Magazynu Rowerowego czy bikeBoardu. Oczywiście nie wszystkie, bo wszystkich nie mam, ale chociażby te, na które czasu nie starczyło mi wcześniej. Jest więc jakiś pozytyw. Co do końca sezonu, to oczywiście sporo się też dzieje w kwestii transferów. Dla kibica jest to pewnego rodzaju haczyk, bo jak już zdąży się przez rok oswoić z tym, że zawodnik x jeździ dla drużyny X, to po wygaśnięciu jego kontraktu - o ile nie zostaje w obecnej ekipie - trzeba się przyzwyczajać do nowych składów, bo okazuje się, że ten sam x jeździ już dla Y ;) No ale w sumie nic w tym dziwnego i po pierwszych kilku wyścigach można sobie wszystko utrwalić na nowo. Transferem, o którym chyba najwięcej się mówiło, było odejście Marka Cavendisha (jak by nie było - nowego Mistrza Świata) z HTC-Highroad, które z końcem sezonu niestety kończy działalność. Przez pewien czas krążyły różne informacje, do której drużyny przejdzie, ale niedawno wyszła na światło dzienne informacja, że zasili brytyjski Team Sky. Kolejnym hitem jest połączenie się Leopard-Trek z RadioShack, z którego powstanie nowa drużyna - RadioShack-Nissan-Trek. Z kolei zaś z połączenia OmegaPharma-Lotto i QuickStepu powstaje OmegaPharma-QuickStep. Do BMC Racing Team przechodzi natomiast Thor Hushovd i Philippe Gilbert, który to w tym sezonie zwyciężył w klasyfikacji punktowej UCI. Sporo się więc dzieje, a i Polacy krążą między jednymi z najlepszych ekip, co dodatkowo cieszy. Może żeby nie powtarzać, odeślę do przygotowanego przez naszosie.pl Przewodnika transferowego 2011-2012, w którym wyróżniono poszczególne zmiany składów.

06 października 2011

Częściowe odświeżenie Authora i... rowerowe ADHD? ;)

Dziś znalazłem trochę czasu żeby zająć się trochę Authorem. W planach było lekkie skrócenie pancerzy przy kierownicy oraz wymiana pedałów i siodełka. Jak zwykle, po drodze wyszło trochę więcej ;) Zacząłem od dodania 0,5 cm podkładki pod mostkiem, żeby kierownica była nieco wyżej. 4 podkładki 0,5 cm zamieniłem na 2x 1 cm żeby było prościej. Potem skracanie pancerzy. Poszło nawet sprawnie, wymienić musiałem tylko linkę od tylnego hamulca, bo była trochę postrzępiona. Oczywiście w komplecie ze skracaniem pancerzy była regulacja obu przerzutek i wspomnianego hamulca (przedniego w ogóle nie ruszałem, jest ok). Ale z tym też udało mi się szybko uporać. Korzystając z tego, że już się dobrałem do Authora, wyczyściłem i przesmarowałem obie przerzutki, nasmarowałem sworznie, z grubsza wyczyściłem ramę, obróciłem trochę klamkomanetki żeby dłonie mniej bolały (i walnąłem po kropelce smaru do środka, żeby ładniej pracowały) i pewnie coś tam jeszcze by się znalazło. Wymiana pedałów i siodełka odbyła się bezboleśnie. Przy okazji siodełka wyczyściłem jeszcze jarzmo sztycy, bo było całe w piachu. A, no i parę dni temu udało mi się zlikwidować luz na piaście przedniego koła, więc kolejny problem z głowy...

Rowerek więc jako tako odświeżony (zostało m.in. wyczyszczenie łańcucha i jakieś inne duperele), skorzystałem z okazji i wyruszyłem na miasto, bo miałem coś do załatwienia. Całość pracuje bardzo fajnie. Biegi zmieniają się błyskawicznie, zarówno z przodu jak z tyłu, hamulce ładnie hamują, nic nie trzeszczy itd. Nowe siodełko mi jak na razie bardzo odpowiada. W czasie jazdy musiałem troszkę poprawić ustawienie, ale jest już dobrze. Nowe pedały też mi odpowiadają. Co prawda wciąż dziwnie mi się pedałuje nie będąc wpiętym, ale przynajmniej nic mi się nie wbija w stopy. Rowerek jak na swoje lata i to w jakich warunkach jeździł naprawdę dzielnie się trzyma. Problem jest jedynie przy jeździe na 6 z tyłu, bo łańcuch skacze jak szalony. Zajrzę tam przy okazji. I w ogóle chodzi mi troszkę po głowie lekka modyfikacja napędu. Obecnie korzystam praktycznie cały czas z dużej tarczy z przodu i ze 3 czy 4 najmniejszych z tyłu. Może poszukałbym jakiejś kasety na bardziej płaskie tereny? Ale to na razie drugorzędna sprawa, pośpiechu nie ma. No i dziś znowu zauważyłem coś, o czym kiedyś już pisałem. Nie potrafię jeździć wolno! ;) Nie chodzi o to, że mknę milard km/h, ale o to, że jak jadę to automatycznie coraz bardziej (oczywiście do pewnej granicy ;)) się rozpędzam. Dziś miałem tylko dotrzeć od miejsca A do B, bez jakiegoś limitu czasowego czy czegokolwiek podobnego, nie miał to być jakiś trening itd., a jadąc ścieżką rowerową po prostu ciągle wydawało mi się, że za wolno jadę i cisnąłem te 3x km/h. Tak - ja też nie wiem, po co... Czyżby zgubny wpływ szosy? Chyba nie, właściwie mam tak od kiedy pamiętam, heh. Takie jakby rowerowe ADHD... ;)

Na koniec uaktualnione zdjęcie Authora:

05 października 2011

Małe authorskie zakupy

Celem mojej wczorajszej wizyty w rowerowym było zakupienie linek, siodełka i pedałów do Authora w ramach niedawno postanowionego ponownego tchnięcia w niego życia. Z linkami większej filozofii nie było - 2 hamulcowe i 2 przerzutkowe. Chcę mieć zapas, gdyby przy okazji skracania pancerzy przy kierownicy okazało się, że coś jest nie tak i jestem uziemiony, bo nie mam zapasowej linki tu czy tam. Siodełko natomiast chciałem zmienić, bo - jak już niedawno wspominałem - obecny Boplight Team może i jest fajny, ale jeśli jeździ się w spodenkach w wkładką. W planach jest natomiast jazda na Authorze w raczej cywilnych ciuchach, więc i chciałem, żeby me 4 litery zbytnio nie cierpiały. Szukałem więc czegoś bardziej miękkiego, trochę szerszego i niekoniecznie kosztującego fortunę. Pomyślałem, że po prostu pójdę do sklepu i jak coś mnie urzeknie to się zdecyduję. Nie robiłem wcześniejszego dogłębnego rozeznania rynku siodełek, bo tak jak można sobie kupić przerzutkę bez jej wcześniejszego dokładnego obejrzenia, tak siodełko wolałem sprawdzić własnoręcznie. Co prawda to czy będę zadowolony czy nie i tak wyjdzie dopiero w czasie jazdy, ale jak na razie jestem dobrze nastawiony. Padło na ErgoGel Authora (w rzeczywistości nie jest aż taką kanapą, na jaką może wyglądać na zdjęciu):


Kolejną kwestią były pedały. Obecne pedały Authora (które swoją drogą chyba też nie jakoś bardzo dawno zmieniałem) kiepsko zgrywały się z podeszwą butów. W praktyce oś pedału nieco za mocno wbijała mi się w śródstopie, a i ząbki znajdujące się na ramce pedałów chyba zbyt mocno się w nią wgryzały. Tu też chciałem znaleźć coś taniego i chyba się udało. Kupiłem bliżej mi nieznany model VP, owinięty fabrycznie w gustowną folię, na której widniał jedynie dumny napis Made in Taiwan ;)


Te są z kolei płaskie i w miejscu styku z butem gumowane. Mam nadzieję, że będzie lepiej. W najbliższej wolnej chwili zabiorę się za grzebanie w Authorze. Może uda mi się z niego jeszcze zrobić (w miarę) wygodny rowerek na wycieczki z M i do kręcenia się po mieście? ;)

04 października 2011

Szosa 04-10-2011 (28)

Dziś króciutko, ale był to zabieg celowy z kilku powodów: byłem trochę ograniczony czasowo, chciałem dokręcić do okrągłych kilometrów (bo straszą już, że na poważnie zbliża się jesień) - zarówno w tegorocznym przebiegu jak i w kwestii zmiany łańcucha na poprzedni - oraz ze względu na chmury i mało fajne prognozy na dzisiejszy dzień. Krótko, bo krótko, ale było sympatycznie. W mieście nie było nawet zbyt dużych korków, a i pogoda ostatecznie dopisała. Wiatr tylko czasem zbyt mocno wiał, co oprócz nieco cięższej jazdy dodatkowo objawiało się krążącymi po chodnikach i ulicach pierwszymi kupkami żółtych liści. Aura też już jakaś inna. Niby temperatura taka jak w sierpniu, a jednak czuć już chłodniejszy powiew. Po powrocie z szoski podjechałem do pobliskiego sklepu rowerowego (tym razem nie chciało mi się bawić w poszukiwania przez Internet ;)) w celu zakupienia paru gratów do Authora, ale o tym przy następnej okazji.

02 października 2011

Zaskakujące wrześniowe cyferki

Pomyślałem, że październikowe wpisy zacznę od króciutkiego powrotu do września. Otóż ów wrzesień zaskoczył mnie od względem ilości odwiedzin bloga. Co prawda do Onetu mi daleko (ale to chyba tylko lepiej...), ale oczywiście nie o to chodzi - piszę o tym wyłącznie przez pryzmat mojego skromnego wytworu, jakim jest ten blog. Ale do konkretów - we wrześniu został odwiedzony 1338 razy! To trochę ponad 1/3 całkowitej liczby odwiedzin (która to dziś osiągnęła okrągłe 3500 - kolejne zaskoczenie) od początku istnienia, czyli od stycznia. Najwięcej było 16 września - 93. Niewiele zabrakło do równych 100, tak samo jak niewiele (3) zabrakło w sierpniu do równych 500 w miesiącu. Tym oto pozytywnym dla mnie akcentem chciałem rozpocząć październik na blogu ;) Mam nadzieję, że wkrótce będę mógł również rozpocząć pisanie pracy magisterskiej...

29 września 2011

Authorsko po Warszawie

Po wczorajszej setce, dziś był planach dzień przerwy (bo i ciuchy trzeba kiedyś wyprać ;)). Nie chciałem jednak całkowicie się wyłączyć z jakiejkolwiek aktywności. Miałem do załatwienia kilka rzeczy na mieście, więc pomyślałem, że skoro w centrum jest zamieszanie spowodowane budową drugiej linii metra, a ja właśnie w okolice centrum miałem jechać, to dlaczego by nie wskoczyć na poczciwego Authora? Dziś pogoda podobna jak wczoraj (czyli okolice 13°C i chmury), co mnie jeszcze bardziej zachęciło do jazdy, bo gdyby było trochę cieplej, to pewnie zaraz bym się zgrzał, przegrzał i w ogóle ;) No i cóż - byłem bardzo zadowolony z decyzji. Trochę się poruszałem, nie musiałem korzystać z komunikacji miejskiej, a i na paliwie w jakimś tam stopniu udało się zaoszczędzić. Zabrałem ze sobą mego cennego Kryptonite'a, który pomimo tego, że swoje waży, to zadanie spełnia (jak na razie i oby było tak zawsze ;)) - plecak i tak miałem, więc nie było problemu. Dawno nie jeździłem po cywilnemu, ale dostrzega się jednak te problemy związane z niskim poziomem odpowiedniej infrastruktury rowerowej, że tak to górnolotnie nazwę. Np. przy CH Reduta parking dla rowerów wygląda tak, że jest odgrodzony kawałeczek parkingu samochodowego, na obszarze którego są 3 czy 4 stojaki na rowery. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że owe stojaki (te mało fajne - wyrwikółka - do których przypina się rower przednim kołem) nie są przykręcone do ziemi, tylko przypięte nie wzbudzającymi zaufania linkami do przypinania rowerów (!) do wątłego ogrodzenia z siatki. Cała misterna konstrukcja średnio mi się spodobała i z braku lepszego miejsca w zasięgu wzroku, przypiąłem po prostu rower do słupka owego ogrodzenia... Fajnie, doceniam, że w ogóle jest miejsce na rowery, ale jeśli już coś robić, to może bardziej by się postarać? Tyle narzekania. Podobały mi się z kolei stojaki na pl. Grzybowskim - w kształcie odwróconej litery U, o prawie płaskim, prostokątnym przekroju, do którego jednoczesne przypięcie u-lockiem ramy i przedniego koła nie stanowiło problemu. Nie chcę się zbytnio powtarzać (poprzedni post o Authorze), ale przy moim przyzwyczajeniu do szosy jechało się nieco inaczej. Zupełnie inne uzębienie napędu, pozycja, sztywność, zwrotność, prędkość, przyspieszenie, waga roweru, blablabla... Będę chyba musiał zajrzeć do piast. Mają już wyczuwalny luz i nie wiem, czy dą się z nim coś zrobić, bo możliwe, że bieżnie konusów są już na tyle zjechane, że i regulacja nie pomoże. Jak by nie patrzeć, te koła przejechały jakieś 11 tys. km w przeróżnych warunkach, więc i tak fajnie, że jeszcze żyją. W bliższych lub dalszych planach będzie też chyba zmiana siodełka na coś bardziej komfortowego. Na pewno nie jakąś kanapę, ale obecnie zamontowany Boplight Team przy braku wkładki w spodenkach do najwygodniejszych nie należy. Oprócz tego - wspominane wcześniej ustawienie klamkomanetek (bo nadgarstki cierpią, oj cierpią), piasty i pewnie coś jeszcze się znajdzie. W końcu na wycieczkach z M też musi mi być wygodnie, hehe. Naszło mnie znowu, żeby częściej gdzieś sobie na nim jeździć - może właśnie w celach komunikacyjnych? Sporo pewnie jednak będzie zależało od pogody, bo jazda w przepoconej bawełnie (a raczej chodzenie w niej później) zdążyła mi zbrzydnąć. No, ale przy dniach takich jak dzisiejszy i przy potrzebie pojechania w kilka miejsc w mieście - czemu nie? Szybko, za darmo, przyjemnie, a i zawsze to jakieś rowerowe urozmaicenie od szosy, co nie znaczy oczywiście, że ta mi już wychodzi bokiem, o nie... ;)

28 września 2011

Szosa 28-09-2011 (101)

Wczoraj popołudniu pojawił się pomysł przejechania dziś stówki. Jednak wraz z wieczorną burzą, realizacja planu stanęła pod znakiem zapytania. No ale mówili, że dziś ma być ładnie. Ok. 9 rano jednak ładnie nie było. Na termometrze tylko 10°C i... mgła. Niebo całe zawalone ciemnymi chmurami, słońca brak. Zacząłem się zastanawiać, czy może jednak nie skrócić dystansu albo w ogóle sobie odpuścić, bo tylko patrzeć jak zaraz zacznie padać. Pomyślałem jednak, że skoro mówili, że dziś bez deszczu, to może akurat dziś się te prognozy sprawdzą. Do odważnych świat należy, więc postanowiłem pojechać. Miałem jednak jakieś złe przeczucia, że tak to pesymistycznie nazwę. Zastanawiałem się, czy będzie padało, czy przemarznę i rozchoruję się na dobre czy też będę pod koniec umierał z głodu. Ponieważ nie chciałem się znowu opychać makaronem, postanowiłem kolejny raz spróbować naładować się nieco mniejszą ilością jedzenia. Dziś znowu 3 bułki, ale na dodatek kawałek schabu, bo akurat był pod ręką ;) Na drogę 2 banany i prawie cały bidon wody z cukrem i sokiem z cytryny. Już po wyjściu z domu i przejechaniu paruset metrów stwierdziłem, że moje przemyślenia związane z temperaturą mogą się niestety sprawdzić. Zimno. Postanowiłem jednak nie dawać za wygraną i pojechałem dalej, chociaż w perspektywie były ponad 3 godziny pedałowania w takiej temperaturze. Na szczęście jednak, z każdym kolejnym kilometrem było mi coraz cieplej. Nie wiem, czy nogawki nie są minimalnie za ciasne (a może za wysoko je podciągnąłem?), ale czułem, że przez nie nogi są jakieś odrętwiałe. To też mnie nie pocieszało. Później jednak wszystko wróciło o normy i już nie przeszkadzały. Kiedy byłem w okolicach Mariewa, zauważyłem, że chmury dają za wygraną i powolutku się rozchodzą. A więc spece od pogody mieli rację ;) Za gorąco i tak mi nie było (po powrocie było tylko 13°C), ale przynajmniej nie było już tak ponuro. Tak jak mi było cieplej, tak nogi też się rozkręcały. Jestem zadowolony, bo dziś jechałem praktycznie cały czas powyżej 30 km/h. Z dużej tarczy korzystałem sporadycznie, bo nie chciałem się za bardzo katować. Sił nie brakowało i jechało się naprawdę nieźle. Byłem miło zaskoczony (znowu ;)), bo ostatnio zbyt dużo dłuższych dystansów nie było. Dominowały raczej 2 razy krótsze... Kolejną fajną sprawą jest to, że od wiaduktu nad trasą S7, na drodze nr 85 jest nowy asfalt aż do skrętu w ul. Rolniczą. Bardzo mnie to cieszy, bo jeszcze niedawno było tam naprawdę krzywo i dziurawo, co przy jeździe szosówką, z ok. 70 km w nogach i pod wiatr, zdecydowanie fajne nie było. Teraz jest naprawdę sympatycznie pomimo tego, że jakieś tam roboty wykończeniowe jeszcze trwają. Dopiero w tamtym miejscu poczułem głód. Postanowiłem jednak nie zatrzymywać się po jakieś zapasy, bo nogi ciągle dobrze pracowały, chociaż liczyłem się z tym, że może się to niedługo skończyć. I skończyło się w Łomiankach. Nie był to na szczęście jakiś wielki kryzys, ale już tak lekko nie było. Będąc na Bemowie, kupiłem sobie nadprogramowego banana, który pomógł praktycznie od razu, dzięki czemu do domu dojechałem w jednym kawałku.

Obawiam się, że dzisiejszą setkę mogę uznać za ostatnią w tym sezonie. Za dużo ich nie było, ale dobrze, że były w ogóle. Dobrze też, że dziś jechało się całkiem miło, to i zostaną miłe wspomnienia. No i fajnie, że pogoda jednak nie zawiodła i pozwoliła dojechać do domu w stanie nie wykazującym nasycenia deszczem ;) Mam nadzieję, że jeszcze kilka kilometrów uda mi się w tym roku zrobić zanim przyjdzie naprawdę zła pogoda...


26 września 2011

Mamy nowych Mistrzów Świata

Wczoraj zakończyły się Mistrzostwa Świata. W jeździe na czas wygrał Tony Martin, a ze startu wspólnego Mark Cavendish. Najbardziej mi chyba szkoda Cancellary. W TT zdobył brąz (po wcześniejszym czterokrotnym złocie w 2006, 2007, 2009 i 2010 r. :)), bo w jeden z zakrętów wszedł ze zbyt dużą prędkością i żeby nie wjechać w barierkę musiał się praktycznie zatrzymać, przez co stracił sporo czasu. Martin w 2009 i 2010 r. zdobywał brąz, więc powiedzmy, że złoto mu się w końcu należało (uzyskał ok. 1'15" przewagi nad drugim w tym roku Wigginsem, więc naprawdę sporo) ;) We wczorajszym wyścigu zaś przegrał brązowy medal dosłownie o centymetry z Andre Greipelem. Jak sam powiedział - biorąc pod uwagę to, że nie jest sprinterem, to i tak niezły wynik. Złoto natomiast przegrał z Cavendishem Matt Goss. Niestety relacji nie oglądałem, tyle co jakieś skróty w Internecie. Tak więc, tęczowe koszulki mają nowych właścicieli. Zobaczymy, co się wydarzy za rok...

Szosa 26-09-2011 (56)

Dziś wyjechałem o niekoniecznie wczesnej godzinie, ale za to rano udało się jeszcze coś załatwić. Myślałem już, że po ostatniej jeździe nie będzie już okazji żeby pojeździć w krótkich ciuchach, ale dziś pogoda przeszła moje najśmielsze oczekiwania - 20°C i żadnych chmur. Momentami wręcz gorąco. Chciałem dziś troszkę poeksperymentować z jedzeniem, a raczej jego ilością przed jazdą. Na dzisiejszy opał ;) złożyły się 3 bułki (2 z wędliną i 1 z dżemem - kalorii niestety z dokładnością do części dziesiętnych niestety nie podam ;)) i 2 banany, z czego 1 w czasie jazdy. Ku mojemu zaskoczeniu w zupełności wystarczyło. Myślę, że mógłbym nawet przejechać kilka kilometrów więcej zanim zacząłbym czuć głód. Co lepsze, czułem się dziś wyjątkowo dobrze i jechałem praktycznie cały czas w okolicach 35 km/h. Może to po części dzięki wiatrowi, który jakoś bardzo nie dawał się we znaki. Pokręciłem się w okolicach Lipkowa, Hornówka i Starych Babic. Na skrzyżowaniu Akacjowej i Jakubowicza minąłem się z 3 kolarzami. Ach, jak ja lubię tamtejsze asfalty. Przy dzisiejszej pogodzie w ogóle było genialnie...

24 września 2011

Szosa 24-09-2011 (51)

A jednak... W miarę możliwości postanowiłem zrobić coś ze wspomnianym wczoraj stanem rzeczy. Mam tylko nadzieję, że z gardłem się nie pogorszy. Wstałem dziś wcześniej i wyruszyłem z zamiarem przejechania ok. 50 km, bo mniej więcej na tyle miałem czas. Termometr pokazywał niecałe 12°C i chociaż słońce świeciło, to nie było wyjścia i trzeba było skorzystać z nogawek i wiatrówki. Szybkie śniadanko i w drogę, a do kieszonki banan na wszelki wypadek. Przyznam, że na początku nawet troszkę zmarzłem. Szybko się jednak rozkręciłem i było już cieplej. Jechało się przyjemnie. Najpierw nieco ciężej, bo pod wiatr, ale nogi całkiem szybko złapały rytm i kręciły się już lżej. Jak zwykle, spodziewałem się czegoś gorszego po kilku dniach przerwy, ale nie było najgorzej. Dystans odpowiednio krótszy, ale fajnie, że śniadanie starczyło za paliwo i nie musiałem ładować w siebie talerza kluch; nawet rezerwowy banan się nie przydał ;) W ogóle bardzo miło się jechało o bardziej porannej godzinie. Może to częściowo za sprawą tego, że dziś sobota i ruch mniejszy, ale podobało mi się mimo nieco wcześniejszej niż zwykle pobudki. Może warto wprowadzić jakieś zmiany w ciągu tygodnia? ;) Dziś też miałem okazję sprawdzić bidon w praktyce. Najbardziej obawiałem się tego, że będzie się go ciężko wkładało/wyjmowało z koszyka (bo jednak trochę inaczej wygląda to na sucho, a inaczej w czasie jazdy), ale ku mojemu zaskoczeniu, siła do tego potrzebna jest jak najbardziej do zaakceptowania. Co prawda muszę się jeszcze przyzwyczaić do zupełnie nowego ustnika, ale podsumowując ostatnie zakupy - jestem zadowolony. A podsumowując dzisiejszą jazdę - może nie było bardzo długo, ale za to bardzo fajnie. Po powrocie, na termometrze 15°C. Tak więc, upału nie ma, ale jest ok. Idzie jesień... ;)

21 września 2011

Nowe noski do okularów i pamiątka dla przyszłych pokoleń ;)

Wczoraj dowiedziałem się, że noski dotarły do sklepu i mogę je odebrać. Więc jednak ostały się jeszcze w magazynie DSR - całe szczęście. Dzisiaj więc podjechałem po nie i, co więcej, zamontowałem już w okularach. To chyba jakiś nowszy model, bo fabrycznie były szare. Teraz są czarne, ale to chyba tylko lepiej. Zresztą jakiejś wielkiej różnicy mi to nie robi. Oby dobrze się trzymały i nie narażały mnie na niepotrzebne stresy ;)


Ponieważ pogoda ostatnio już coraz bardziej jesienna, a dziś świeci słoneczko i na niebie nie ma żadnej chmury, wpadłem na pewien pomysł. Było trochę za późno żeby sobie gdzieś dalej pojechać (bo dzisiejsze popołudnie kolejny raz spędzę na budowie ;)), ale pomyślałem, że to dobra okazja żeby jakoś uwiecznić siebie z moim aluminiowym kolegą Scottem, bo jeszcze nie udało nam się znaleźć razem na żadnym zdjęciu ;) W tym miejscu podziękowania dla kochanej M, która się tym zajęła. Co prawda sceneria, ilość czasu i warunki oświetleniowe takie sobie, ale jakakolwiek pamiątka jest. Trzeba coś kiedyś dzieciom pokazać, co nie...? ;)


16 września 2011

CamelBak Podium + Tacx Tao

Tak więc, poszukiwania nosków do okularów doprowadziły mnie do zakupu nowego bidonu oraz koszyka. Wiem - dziwne, ale nie będę drugi raz opowiadał całej historii ;) Wczoraj przyszedł do mnie kurier o dość nietypowej godzinie, bo dopiero o 21:30. Co takiego przyniósł? Bidon CamelBak Podium 610 ml (kolor Clear Carbon) i koszyk Tacx Tao (czarny, wersja aluminiowa). Co prawda nie miałem jeszcze okazji przetestować nowego zestawu w czasie jazdy, więc napiszę tylko o pierwszych wrażeniach. Te są jak najbardziej pozytywne. Widać, że do konstrukcji bidonu ktoś podszedł z głową i wyszedł naprawdę fajny produkt. Co prawda nieco zniechęcająca może być cena, ale przynajmniej jak na razie nie żałuję. Konstrukcja zaworu/ustnika (Jet Valve™) sprawia, że bidon jest naprawdę szczelny. Oprócz standardowego, przekręcanego zamknięcia ustnika Podium jest wyposażony również w zabezpieczenie, które kiedyś widziałem przy okazji jakiegoś ketchupu ;) Mianowicie, silikonową membranę naciętą w kształcie krzyża (widać to na drugim zdjęciu). Dzięki temu, nawet przy otwartym zaworze nic nie cieknie. Sprawdziłem na razie tylko odwracając pełny bidon do góry dnem. Skutkuje to tym, że w czasie jazdy (jak mi się wydaje ;)) nic nie będzie ciekło po ramie czy rękach, a i nie trzeba będzie za każdym razem otwierać bidonu zębami. Z kolei przy zamkniętym zaworze i przy mocniejszym ściśnięciu bidonu nie ucieka z niego chociażby kropla zawartości. Wspomniana wcześniej silikonowa zastawka (o, to jest chyba fajne określenie :)) umożliwia picie na 2 sposoby. Można albo puścić sobie strugę do ust (niektórzy stosują to też do odstraszania psów - podobno skuteczne, teraz będę miał jak sprawdzić ;)) - ciśnienie jest naprawdę niezłe - albo też napić się jak przez słomkę, czyli po prostu ssąc. W obu przypadkach zawartość wpada do otworu gębowego jak najbardziej zadowalająco. Do jakości wykonania też na razie zastrzeżeń nie mam. Materiał, z którego zrobiony jest bidon nie jest ani za twardy, ani za miękki - wg mnie. Ciekaw jestem tylko, ile pożyją nadruki, ale to już kwestia raczej drugorzędna, która w przypadku różnych bidonów przedstawia się chyba podobnie... Jak wspomniałem, zdecydowałem się na wariant kolorystyczny Clear Carbon (chociaż co to ma wspólnego z carbonem to nie mam pojęcia - black pewnie zbyt amatorsko by brzmiało ;)) - jest też co prawda wersja czarno-szaro-czerwona (Smoke Racing Red), która pewnie ładnie komponowałaby się z malowaniem Scotta, ale wolałem, żeby bidon jakoś się od ramy wizualnie odróżniał i stanowił raczej dodatek, a nie integralną całość. No i może mi się tylko wydaje, ale nie wiem czy jednak czarna wersja jakoś bardziej by się na słońcu nie nagrzewała...

Druga sprawa - koszyk. Padło na słynny już Tacx Tao. Wersja aluminiowa, bo jakoś nie do końca do mnie przemawia kupowanie carbonowego koszyka za 300 zł tylko po to żeby ważył jakieś 15 g mniej niż aluminiowy ;) Bo, razem ze śrubkami, Tao waży 46 g. Chociaż jest wykonany z aluminium, to miejsca styku z bidonem są gumowane, dzięki czemu ten pewnie stabilniej się trzyma, a i może nadrukom się aż tak bardzo nie dostanie. Łby śrub elegancko chowają się w koszyku, więc to zapewne też wpłynie pozytywnie na trwałość powierzchni zewnętrznej bidonu, że tak się mądrze wyrażę. Potwierdzam przy okazji to, co CamelBak pisze też na swojej stronie - bidon Podium nieco ciężko wchodzi/wychodzi z Tao (kolejny plus dla CamelBaka za to, że nawet o takich pierdołach wspominają). Nie trzeba go oczywiście wbijać i wybijać młotkiem, ale żeby wlazł do końca trzeba użyć pewnej siły. Ma to też oczywiście dobrą stronę w postaci tego, że przy jeździe po większych nierównościach nie będziemy się raczej musieli zatrzymywać, żeby wrócić po bidon, który wypadł nam z koszyka 100 m wcześniej. Nie wiem, może to nieistotny szczegół, ale spodobało mi się też opakowanie koszyka - jest on dostarczany na półokrągłej listewce z tworzywa, do której jest przykręcony. Nie ma jakiś torebeczek ze śrubkami itp. Tu z kolei plus dla Tacxa za przywiązywanie wagi do szczegółów.

Jak już pisałem - jak na razie jestem bardzo zadowolony. Zobaczymy, jak będzie w czasie jazdy, ale myślę, że moje zdanie jakoś wyjątkowo się nie zmieni. Na koniec kilka zdjęć - razem z roboczym zdjęciem S10 z nowym bidonem i koszykiem oraz przerzutką, o której niedawno pisałem. Kurczę, ciągle jestem zakochany w tym rowerku ;)





12 września 2011

Vuelty podsumowanie z drugiej ręki

Z drugiej ręki, bo tak naprawdę wiele o tegorocznej Vuelcie nie wiem. Relacji widziałem może pół etapu, a w Internecie jakoś nie było mi po drodze śledzić dokładnie przebieg wyścigu. Tak więc, tylko parę słów mało znaczącego streszczenia na podstawie tego, co gdzieś tam słyszałem lub czytałem. Wygrał Hiszpan Juan Jose Cobo z Geox-TMC. Chyba dość niespodziewanie, ale może dzięki temu zwycięstwo jest jeszcze bardziej spektakularne, że tak to określę. Na miejscu 2. i 3. kolejno Chris Froome i Bradley Wiggins ze Sky Team. Różnica między Cobo a Froom'em wyniosła ostatecznie tylko 13 sekund, więc naprawdę niewiele. Sky teoretycznie jechał na Wigginsa, który był wspierany przez Froome'a. Okazało się jednak, że w lepszej formie jest Froome. Z czterech startujących Polaków wyścig ukończyło dwóch. Niestety, Michał Gołaś i Rafał Majka musieli się wycofać ze względu na obrażenia odniesione w trakcie kraks. I właściwie tyle wiem. Niewiele ;) Podoba mi się za to coś, na co zwrócił uwagę Artur z naszosie.pl, a mianowicie na to, że od pewnego czasu można zaobserwować wyrównanie poziomu zawodników z World Touru. Może faktycznie walka z dopingiem zaczyna przynosić efekty?