26 czerwca 2017

Do pracy, rodacy... Rowerem!

Długo się zbierałem, przyznaję. Zniechęcało mnie trochę dodatkowe zamieszanie związane z przypinaniem roweru, prysznicem czy przebieraniem się, kiedy jazdy i kilometrów było jak na lekarstwo. Szybko okazało się jednak, że lekarstwo to wyjątkowo trafne określenie. Zwłaszcza wówczas, gdy na szosę nie mogę znaleźć czasu od początku roku...



Dojazdy do pracy na rowerze - bo oczywiście o nich mowa - chodziły mi po głowie od dłuższego czasu, jednak ciągle pojawiało się jakieś ale. A to nie było w czym wozić ciuchów na zmianę, a to rower nieskończony, a to za gorąco, a to trzeba będzie jechać wcześniej żeby zdążyć z doprowadzeniem się do jako-takiego ładu po jeździe... Przywykłem może za bardzo do wyłącznie szosowego repertuaru, kiedy to ciuchy rowerowe zakładało się w domu, ruszało się na szosę bez zbędnych dodatków, na szosie ogień, powrót do domu, prysznic i koniec. Kiedy jednak udało się wreszcie pokonać wszystkie te ale (sakwy, dostęp do garażu podziemnego i takie tam), efekt końcowy jest naprawdę pozytywny.


Czas. Jeden z elementów, które - jak mi się wydawało - będą raczej na minus w porównaniu z komunikacją miejską. Jak się okazało - nieprawda. Od wyjścia z domu do włączenia komputera w pracy mija praktycznie tyle samo (a nawet minimalnie mniej) czasu, co gdybym jechał autobusem czy tramwajem. Uwzględniając już przypięcie roweru i prysznic. Samej jazdy wychodzi niecałe 40 minut. W tym czasie pokonuję prawie 14 kilometrów przebijając się przez miasto. Dużo jest niestety czekania na światłach czy kluczenia między innymi rowerzystami, ale mimo to w kwestii czasu trwania podróży jest naprawdę nieźle. Zwłaszcza w drodze powrotnej, kiedy to zamiast tłuc się do domu minimum godzinę, rowerem przekraczam próg po 40 minutach, a więc o 1/3 szybciej.

Pozytywna energia. Chociaż zdarzało mi się już wyskakiwać na rower przed pracą, to były to raczej pojedyncze przypadki niż codzienność. Nawet, jeśli jadę tylko wspomniane 40 minut, to nie jest to na pewno czas, którego więcej spędzam stojąc w autobusie, niejednokrotnie tkwiąc w korkach i będąc ściśniętym przez tłum innych pasażerów. Po przyjeździe do pracy rowerem, pozytywnej energii jest więcej i pierwszą kawę piję dopiero wczesnym popołudniem, a nie z samego rana. Fajnie.



Korki. Te - przynajmniej w znacznym stopniu - są już niestraszne. Można przecisnąć się między samochodami i chociaż wciąż nie jest to może wymarzona jazda, to przynajmniej jest się coraz bliżej celu - bez niepotrzebnej frustracji i ciągłego spoglądania na zegarek w trybie czas leci, a ja ciągle w tym samym miejscu, kiedy i tak nic nie można z tym zrobić.


Jazda na rowerze. Po prostu. Robienie tego, co się lubi i idealny przykład łączenia przyjemnego z pożytecznym (bo do pracy i tak jakoś się dostać trzeba). Dwakroć bardziej pozytywny, jeśli w komplecie jest ładna pogoda. Świeże (mimo, że warszawskie) powietrze, aktywność fizyczna, prędkość, widoki zmieniające się naokoło. Chociaż nie jest to szosa, to na dłuższych prostych też można czasem przycisnąć. A że na mojej trasie rowerzystów jest całkiem sporo, wyprzedzając ich można się poczuć jak mistrz lokalnej ustawki szosowej. Ach, niespełnione ambicje!


Oczywiście, nie zawsze jest perfekcyjnie. Pogoda może być słaba, po drodze może się trafić jakiś mistrz kierownicy, a i warszawskie ścieżki rowerowe idealne nie są. Z komunikacji miejskiej wciąż zdarza mi się czasem korzystać i nie dojeżdżam na rowerze do pracy codziennie, ale kiedy mam taką możliwość - chętnie korzystam. W obecnej sytuacji, kiedy Natalka pochłania praktycznie cały czas poza pracą i jestem na tymczasowym, obowiązkowym odwyku od szosy, dojazdy na rowerze pozwalają mi na utrzymanie jakiegokolwiek kontaktu z dwoma kółkami. A o to chodziło.

Wiem, że nie odkryłem Ameryki i dla tych z Was, którzy z roweru jako środka komunikacji korzystają od dawna, powyższe przemyślenia są oczywistymi oczywistościami. Dla mnie to jednak coś nowego i jak dotąd - podoba mi się.


Chociaż wpis czekał na publikację od ładnych kilku tygodni, ciągle brakowało czasu żeby usiąść do komputera i ogarnąć chociażby te kilka marnych zdjęć. Jak na złość, było też trochę przeszkód różnej maści i rower znowu musiał na chwilę pójść w odstawkę, ale zamierzam zaprząc go znowu do - nomen omen - roboty! :)

22 maja 2017

Zwiększona pojemność

Na odświeżonym authorze udało mi się już zrobić trochę kilometrów. Co prawda ich suma starczyłaby zaledwie na zaliczenie skromnego Gran Fondo na Stravie (albo i poza Stravą ;)), ale nie ma co się dziwić, jeśli dominowały kilku-, kilkunastolikometrowe wypady, a najdłuższy z nich miał jakieś 30 kilometrów. Trochę inna bajka niż szosa, ale cieszę się, że jest chociaż tyle. Kilometry te zainspirowały mnie do wprowadzenia jeszcze jednej zmiany...

Sakwy!

Po tym jak zdarzało mi się wracać ze sklepu z plecakiem wypchanym do granic możliwości, z ciężkim u-lockiem przypiętym na zewnątrz, bo w środku nie było już miejsca, nie wspominając o wyjątkowo efektywnym grzaniu pleców przez ów plecak (bo nie był to nawet tzw. plecak rowerowy), doszedłem do wniosku, że trzeba z tym coś zrobić. Zdecydowałem się więc na sakwy.

Z wiadomych przyczyn odpuściłem sobie robienie wyjątkowo wnikliwego rozeznania rynku, czytania dziesiątek testów i recenzji, a zamiast tego dość szybko zaopatrzyłem sie w decathlonowe sakwy B'Twin 500 o pojemności 20 litrów każda i bagażnik Kross Weekendrack 200. Całość montowałem jakoś między trzecią a czwartą w nocy w przerwie między karmieniem Natalki... ;)

Sakwy są wodoodporne (co nawet raz miałem już okazję sprawdzić), więc nie trzeba się wyjątkowo obawiać o stan ich zawartości w czasie deszczu. Nie dość, że mieści się w nich znacznie więcej niż w plecaku, to nie wpływają też znacząco na komfort jazdy (plecy...). Co prawda obciążenie czuć nieco w trakcie pedałowania, ale spodziewałem się czegoś gorszego i nie ma tragedii. Załóżmy, że nogi będą potem mocniejsze... ;) To, co było akurat wygodniejsze w przypadku plecaka to szybkość jego demontażu. Zdjęcie sakw z bagażnika zajmuje jednak nieco więcej czasu i przy kilku postojach po drodze - kiedy wolimy nie zostawiać sakw przypiętych do roweru - może być nieco upierdliwe. Nie zaszkodziłoby też kilka przegródek czy kieszonek na drobiazgi (a może torebka podsiodłowa?). Ale chyba zaczynam marudzić... ;)

Z zakupu jestem jednak jak dotąd zadowolony. Czas pokaże jak z trwałością nowych zabawek, ale zakładam, że trochę pożyją, biorąc pod uwagę, że na razie - takie dłuższe na razie - nie mam żadnych planów wyprawowych... Efekt finalny przedstawia się tak:


Sakwy mogą wyglądać na zamontowane nieco za bardzo z tyłu - tak też jest, ale zakładając je na środku bagażnika, przy każdym obrocie korbą uderzałem w nie piętami. Na szczęście nie wpływa to jakoś drastycznie na właściwości jezdne (a przynajmniej nie nie dane mi było się jeszcze o tym przekonać), a i całość nie jest chyba na tyle asymetrycznie obciążona żeby powstawało ryzyko uszkodzenia bagażnika czy mocowań. Tak sądzę... :) Być może w wolnej chwili (haha, jakiej chwili? ;)) popatrzę jeszcze czy można to jakoś usprawnić, chociaż jak na razie całość daje radę i pewnie tak już zostanie.

Kto by pomyślał, że kiedykolwiek będę korzystał z sakw...? ;)

22 kwietnia 2017

Author - reinkarnacja

Ostatni raz zmieniałem coś w authorze cztery lata temu. Od tamtego czasu jednak i tak korzystałem z niego mocno sporadycznie, za priorytet mając szosę. A skoro już o priorytetach mowa to te niedawno mocno się zmieniły i trzeba się jakoś dostosować do nowej sytuacji, próbując jednocześnie utrzymać jakikolwiek kontakt z dwoma kółkami. Z tego też powodu jakiś czas temu zrobiłem zamówienie w zaprzyjaźnionym Rowerplus.pl i po niedługim czasie w moich drzwiach stanął kurier z pudłem pełnym przyjemności. Do zawartości pudła dołączyłem pedały oraz buty, i tak, za materiał do zmian posłużyły:


KOŁA FH-/HB-TX800 + EXAL ZX19

Stare koła swoje już przejechały i zarówno piasty jak i obręcze były już mocno wysłużone. Nie chciałem też inwestować nie wiadomo ile w nowy zestaw, więc stanęło na komplecie zbudowanym na piastach Tourney i poleconych przez Wojtka z Rowerplus.pl obręczach Exal. Obręcze są kapslowane i mają wskaźnik zużycia, więc fajnie. Zobaczymy ile przeżyją.


OPONY SCHWALBE LAND CRUISER 1,75"

Szukałem czegoś, co nadawałoby się do jazdy nie tylko po asfalcie, ale też w lekkim terenie. Ze względu na kształt bieżnika i może pewnego rodzaju zaufanie do Schwalbe, wybór padł na Land Cruisery. Mam nadzieję, że wkładka K-Guard będzie mnie skutecznie chronić przed wszelkim złem czyhającym na mnie na nieoczyszczonych drogach i ścieżkach. Jak dotąd, opony Schwalbe, z których korzystałem nie zawodziły mnie pod kątem odporności na przebicie, więc mam nadzieję, że będzie tak i tym razem.


BŁOTNIKI SKS BLUEMELS + CHLAPACZ

Chociaż nie miałem jeszcze okazji testować błotników w deszczowych warunkach bojowych, to już podczas montażu sprawiają bardzo solidne wrażenie. Są wykonane z warstwy tworzywa i folii aluminiowej, co pozytywnie wpływa na ich masę i sztywność. Dzięki temu też, mogłem w nich zrobić otwór pod montaż chlapacza używając rozgrzanego śrubokręta zamiast wiertarki ;) Dziwne, że SKS nie zrobił fabrycznego otworu... W trakcie jazdy błotniki są solidnie trzymane przez pręty mocujące i całość jest stabilna. Jedynie chyba tylko tylna część przedniego błotnika nieco lata na nierównościach i ociera czasem o oponę, ale być może to wina dodatkowego obciążenia chlapaczem... Przedni błotnik wykorzystuje też magiczny system ASR gwarantujący ponoć wypięcie się błotnika z mocowań w razie dostania się czegoś (patyka albo pompki rywala) między szprychy. Obym nie musiał sprawdzać skuteczności.


PEDAŁY SHIMANO PD-M520

Tu właściwie komentarz jest zbędny - SPDowa klasyka w wersji czarnej. Pedały były prezentem od żony, za który serdecznie jej dziękuję ;) Niejednokrotnie wspominałem, że wygodniej/pewniej/lepiej jeździ mi się będąc wpiętym w pedały, więc w przypadku odświeżania authora również postanowiłem pójść w tę stronę. A skoro pedały to i...



BUTY SHIMANO SH-MT34

Turystyczno-cywilny model shimanowskich butów, a więc umożliwiający w miarę normalne chodzenie bez stukania o chodnik blokami jak koń podkowami oraz posiadające nieco elastyczniejszą niż w przypadku typowo rowerowych butów podeszwę. Po pierwszych jazdach jestem całkiem zadowolony i nie mogę nawet chyba za bardzo narzekać na sztywność zapięcia przy użyciu zwykłych sznurówek zamiast rzepów, klamer czy innych cudów. Wyglądają może nieco topornie, ale chodziło bardziej o funkcjonalność niż o wygląd, a ta, w przypadku krótkich niesportowych jazd jest w porządku. Zobaczymy jeszcze jak z oddychalnością przy wyższych, bardziej letnich temperaturach (na razie jeździłem przy kilku, kilkunastu stopniach).

Poza wyżej wymienionymi częściami zdecydowałem się jeszcze na wymianę hamulców. Bez robienia większego rozeznania rynku (czyt. riserczu!), kupiłem pierwsze lepsze, podstawowe szczęki Tektro.

W tym miejscu chciałbym podziękować niezawodnemu Wojtkowi z Rowerplus.pl za wsparcie w wyborze części i późniejszym ich montażu, gdyż nie obyło się bez malutkich przeszkód. Nie po raz pierwszy cierpliwie przebrnął przez moje maile i doradził :) Jako gratis do zamówionego pudła dostałem też komplet odblaskowych naklejek w kolorze... czarnym :) Dzieło Shaman Racing/3M i fajny pomysł na zwiększenie bezpieczeństwa bez konieczności robienia z roweru (kasku czy czegokolwiek innego w kolorze czarnym) choinki - zapewne wylądują na scottcie.

Standardowo zmotywowany nowymi zabawkami zabrałem się do rozkręcania, czyszczenia, smarowania i skręcania authorskich bebechów. To wszystko miało miejsce w... grudniu ubiegłego roku :) Potem wpadłem we wspomniany w poprzednim wpisie wir remontowo-przednarodzinowych przygotowań i ilość dostępnego w mieszkaniu miejsca oraz czasu dostępnego na grzebanie w rowerze automatycznie zmalała do zera. A w planach miałem jeszcze wymianę linek i pancerzy. Ponieważ na horyzoncie nie było widać szansy na poprawę, zrobiłem coś, czego nie robiłem od ładnych kilkunastu lat - zaniosłem rower do serwisu :) Parę razy przymierzałem się do samodzielnej wymiany okablowania, ale za każdym razem coś stawało mi na przeszkodzie. Czas leciał, pogoda coraz bardziej zachęcała do jazdy i głód roweru rósł. Postanowiłem więc tym razem odpuścić sobie własnoręczny serwis, ale przynajmniej mieć skończony rower.

Panowie serwisanci całkiem sprawnie uwinęli się z wymianą i po dwóch dniach miałem już w rękach sprzęt gotowy do jazdy.


Efekt końcowy przedstawia się nieco groteskowo, ale muszę przyznać, że całość pracuje całkiem przyjemnie jak na części tej klasy. Co prawda author to obecnie wciąż swego rodzaju półśrodek, bo ani to demon prędkości ani maszyna w teren, ale wykorzystując posiadaną bazę i parę nowych części wyszło chyba całkiem znośnie, biorąc pod uwagę przeznaczenie całości.

Pierwsze wrażenia po pierwszych kilometrach? Ale ta kierownica szeroka. Coś miękko w okolicach suportu. Ej, przecież nie muszę jechać tylko asfaltem! Gdzie się podziało przyspieszenie? A... To moje słabe nogi po kilkumiesięcznej przerwie. Niemniej jednak bardzo się cieszę, że w końcu wsiadłem na rower. Nawet, jeśli jazda polega tymczasowo na kilkukilometrowych wypadach po codzienne zakupy czy na podobnych, ultraciężkich jednostkach treningowych. Tak jak wspomniałem chyba w którymś z wcześniejszych wpisów, po głowie telepie mi się dojeżdżanie rowerem do pracy. Muszę sobie to tylko przeanalizować od strony logistycznej i - kto wie - może uda się połączyć przyjemne z pożytecznym.

Na razie Natalka stwierdza chyba powoli, że moja wątła klata jest zbyt koścista żeby spać na niej dłużej niż godzinę i zaczyna się wiercić, więc pora kończyć wpis... Do zobaczenia ;)

12 kwietnia 2017

Natalka!

Była zapowiedź zmian, jest i zmiana. A ma ona na imię Natalka :) Nasza córeczka postanowiła przyjść na świat ponad dwa miesiące przed planowanym terminem porodu, czym zaskoczyła nas niczym Cavendish wyskakujący zza pleców rywali na kilkadziesiąt metrów przed kreską. Mieszkanie w remoncie, wyprawka skompletowana w okolicach 20%, zaskoczenie, nerwy, zmęczenie, ale i wielka radość. Malutka ważyła 1300 g przy 37 cm długości.


Pomimo kilku małych przeszkód na początku, z czasem jednak coraz lepiej sobie radziła i po kilku tygodniach mogła opuścić inkubator, a kilka dni temu szpital w ogóle.

Nie przesadzę chyba, jeśli napiszę, że był to jeden z najintensywniejszych okresów w życiu. Przez ten czas spałem po dwie, trzy godziny na dobę, na którą składały się tak naprawdę tylko praca, wizyty w szpitalu i kończenie remontu. W międzyczasie schudłem 4 kg. Mam wrażenie, że przez ostatnie tygodnie wydarzyło się tyle, że emocji z nimi związanych starczyłoby na ładne parę miesięcy normalnego życia. O rowerze nie było czasu nawet pomyśleć, w związku z czym suma kilometrów przejechanych w tym roku wynosi jak dotąd okrągłe 0 :) Wszystko to schodzi jednak na dalszy plan, kiedy w domu widzi się taki obrazki:


Powolutku przyzwyczajamy się chyba do nowej rzeczywistości, która to dzieli dobę na trzygodzinne (a i czasem krótsze) odcinki między kolejnym przewijaniem, karmieniem i wyparzaniem buteleczek oraz reszty gratów. Żona bardzo dzielnie znosi rozmaite trudności, za co należy się jej żółta koszulka w klasyfikacji wyścigu zwanego macierzyństwem (co za wysublimowana metafora!) :)

Do mojego powrotu na szosę zapewne jeszcze trochę czasu upłynie, ale może niedługo uda się zacząć jakkolwiek zbierać rowerowe kilometry. Poczyniłem w tym temacie już pewne kroki, więc istnieje szansa (chociaż wolę nie być zbytnim optymistą ;)), że wkrótce pojawią się kolejne wpisy, tym razem już nieco bardziej rowerowe. A tymczasem zbliża się pora karmienia... :)

07 stycznia 2017

Rok 2016 i zapowiedź zmian

Rok 2016 za nami, czas więc na kilka słów rowerowego podsumowania. Jaki był ten sezon? Chociaż w liczbach może tego nie widać, muszę przyznać, że był całkiem udany i będę go naprawdę przyjemnie wspominał. Skoro już przy liczbach jesteśmy, poniżej klasyczny wykresik z ilością przejechanych kilometrów.


Wreszcie udało mi się przekroczyć okrągłe 4000 km... W minionym sezonie wyłącznie na szosie - 4153,57 km według licznika, 4068,80 km według Stravy, z którą to zaprzyjaźniłem się właśnie od ubiegłego roku. 4000 km nie jest oczywiście powalającym dystansem z perspektywy szosy, ale - jak zwykle - cieszę się, że chociaż tyle udało się wcisnąć w codzienne życie. Tym razem również nieco lepsza była pierwsza połowa roku, a zwłaszcza maj, w którym to przekroczyłem 1000 km, co naprawdę dawno mi się nie zdarzyło. Jak by nie patrzeć, to 25% owego imponującego rocznego dystansu ;) Było akurat nieco więcej czasu, więc i kilometrów automatycznie przybyło. Potem było już niestety tylko gorzej - przyszły pewne zmiany w życiu zawodowym, ilość wolnego czasu nieco się skurczyła, pogoda nie zawsze była rowerowa, a pod koniec roku - co powoli staje się chyba nową tradycją - dopadło mnie przeziębienie (za dużo pracy, za mało roweru ;)), więc mimo szczerych chęci kontakt z szosą był mniejszy.

Co poza tym?

Na początku roku skorzystałem z bikefittingu. Z efektów jestem bardzo zadowolony i uważam, że to jedna z bardziej udanych, niesprzętowych inwestycji rowerowych. Chociaż nie ukrywam, że nieco zawaliłem kwestię rozciągania, ogromną korzyścią jest na pewno to, że na rowerze czuję się po prostu lepiej - zarówno pod względem komfortu jak i efektywności jazdy.

Było też trochę jazdy w grupie, co prawda nie - jak wcześniej planowałem - z Rondem Babka, ale z grupą spod Veloartu. Te kilku-, kilkunasto- oraz jeden kilkudziesięcioosobowy (chociaż niektóre ludowe podania sugerują nawet przekroczenie setki - kwietniowe rozpoczęcie sezonu z Cyklistą/Veloartem) wypad będę naprawdę fajnie wspominał. Zdarzało mi się nawet spędzać trochę czasu na czele grupy, co raczej nie jest regułą w moim przypadku ;) Było więcej kilometrów, były i nieco mocniejsze nogi. Pod koniec września zgadałem się również z Łukaszem, z którym to udało się wyskoczyć kilka razy na typowe 50 km - dziwnym trafem zawsze wychodziło nam więcej niż 70. W doborowym towarzystwie kilometry jakoś same lecą... ;)

Podczas kilku krótkich pobytów na działce miałem też okazję pokręcić się po tamtejszych trasach, znaleźć kilka nowych, bardzo przyjemnych odcinków i - co chyba najlepsze - oderwać się trochę od nieco już oklepanych okolicznych tras, po których jeżdżę na co dzień. Alpy to to nie są (wciąż płaskie jak stół Mazowsze... ;)), ale takie odświeżenie jest chyba potrzebne każdemu.

Udało mi się zdobyć 2 KOMy i wcisnąć się do kilku TOP10. Mało, bo sekundy, zabrakło do KOMa na finiszu KGSu, gdzie na podjeździe (jaki by on nie był) na liczniku miałem 58 km/h. Może jeszcze kiedyś... ;) Przy innej okazji udało mi się  natomiast (co prawda we współpracy z wiatrem) dość spontanicznie poprawić swój rekord maksymalnej prędkości na płaskim i obecnie jest to 62 km/h. Do zawodowców raczej nie będę się porównywał... ;)

W minionym roku nie wpadł niestety żaden dłuższy dystans, ale kiedy była jako taka forma, zdarzało mi się przejechać 120 km ze średnią 31 km/h czy 70 km ze średnią 33 km/h. I dużo i mało, a średnia to tylko średnia, ale kolejny raz mogłem się przekonać, że bardziej regularna jazda to automatycznie lepsze efekty. Tak tak, wyjątkowo odkrywcze ;)

Dosłownie kilka razy wyszedłem sobie dla urozmaicenia pobiegać i udało mi się uzyskać ponoć (ponoć, bo nie miałem wcześniej żadnego odniesienia) całkiem niezłe czasy/tempo: średnio 4:30 min/km na 5 km i 5:00 min/km na 10 km. Jak na osobnika bez biegowej przeszłości mogę chyba być całkiem zadowolony. Oczywiście, żeby nie było zbyt pięknie, udało mi się też trochę rozsypać sobie kolano biegając po plaży podczas wrześniowego urlopu nad polskim morzem, co potem ciągnęło się za mną przez pewien czas, ale pomijając tę kontuzję, mogłem się przekonać, że bieganie może być całkiem przyjemną alternatywą dla roweru. Do rozważenia w przyszłości... :)

Bieganie bieganiem, ale wspomniany urlop był też wyjątkowy z innego powodu. Wraz z zestawem malutkich skarpetek, otrzymałem od żony poniższą wiadomość:

Nie jestem niestety w stanie podać źródła/autora - jeśli jakimś cudownym zrządzeniem losu
trafi tu twórca to zapraszam do kontaktu ;)

Zostanę tatą :) W maju urodzi nam się córeczka. Z perspektywy roweru znaczy to tyle, że czas na przerwę od szosy ;) Ciężko powiedzieć na jak długą, ale zamierzam kiedyś wrócić do zbierania asfaltowych kilometrów. Wspomniany wcześniej Łukasz jest dowodem na to, że da się pogodzić rodzicielstwo z szosą, więc staram się nie tracić nadziei ;) Na chwilę obecną mam ambitny plan utrzymania jakiegokolwiek kontaktu z rowerem wykorzystując w tym celu poczciwego authora. Będą to raczej króciutkie komunikacyjne wypady, chociaż po głowie chodzą mi od jakiegoś czasu dojazdy do pracy. Jak wyjdzie w praktyce - zobaczymy. Author dostał ostatnio parę nowych części (wpis wkrótce), a jak to z nowymi częściami bywa - również motywacja do jazdy jest większa ;) Przy okazji - warto też wspomnieć o majowej modernizacji scotta, kiedy to sprawiłem mu między innymi nowe koła. Te z kolei były jednym z powodów, dla których umówiliśmy się pierwszy raz z Łukaszem, co miało pomóc mu w wyborze zestawu dla siebie. Jak zatem widać - wszystko po coś się dzieje ;)

Ponieważ dzisiaj blogowi stuknęło okrągłe sześć lat, jemu również należy się parę słów ;) Miniony rok był o tyle inny od poprzednich, że zrezygnowałem z opisywania każdego szosowego wypadu. Widać to dobrze po ilości wpisów (w 2016 roku nie wychodzi nawet 1 wpis/miesiąc - wstyd! ;)). Dzięki temu jednak było więcej czasu na samą jazdę, a wpisy zastąpiłem korzystaniem ze Stravy. Chciałoby się napisać, że zmieniłem na blogu to, dodałem tamto, ulepszyłem coś innego, ale cóż - życie... Co więcej, podejrzewam że wkrótce czasu na pisanie będzie jeszcze mniej ;) Mam nadzieję, że blog jednak całkowicie nie umrze i przynajmniej raz na jakiś czas pojawi się tu kilka rowerowych zdań.

Nie robię żadnych konkretnych postanowień na 2017 rok. Priorytetem będzie córeczka, a jeśli przy okazji da się jakoś wpleść trochę roweru czy biegania - będę naprawdę zadowolony. Wam natomiast życzę realizacji wszelkich planów - tych rowerowych i nierowerowych - i aby 2017 rok był dla Was udany pod każdym względem!