26 czerwca 2017

Do pracy, rodacy... Rowerem!

Długo się zbierałem, przyznaję. Zniechęcało mnie trochę dodatkowe zamieszanie związane z przypinaniem roweru, prysznicem czy przebieraniem się, kiedy jazdy i kilometrów było jak na lekarstwo. Szybko okazało się jednak, że lekarstwo to wyjątkowo trafne określenie. Zwłaszcza wówczas, gdy na szosę nie mogę znaleźć czasu od początku roku...



Dojazdy do pracy na rowerze - bo oczywiście o nich mowa - chodziły mi po głowie od dłuższego czasu, jednak ciągle pojawiało się jakieś ale. A to nie było w czym wozić ciuchów na zmianę, a to rower nieskończony, a to za gorąco, a to trzeba będzie jechać wcześniej żeby zdążyć z doprowadzeniem się do jako-takiego ładu po jeździe... Przywykłem może za bardzo do wyłącznie szosowego repertuaru, kiedy to ciuchy rowerowe zakładało się w domu, ruszało się na szosę bez zbędnych dodatków, na szosie ogień, powrót do domu, prysznic i koniec. Kiedy jednak udało się wreszcie pokonać wszystkie te ale (sakwy, dostęp do garażu podziemnego i takie tam), efekt końcowy jest naprawdę pozytywny.


Czas. Jeden z elementów, które - jak mi się wydawało - będą raczej na minus w porównaniu z komunikacją miejską. Jak się okazało - nieprawda. Od wyjścia z domu do włączenia komputera w pracy mija praktycznie tyle samo (a nawet minimalnie mniej) czasu, co gdybym jechał autobusem czy tramwajem. Uwzględniając już przypięcie roweru i prysznic. Samej jazdy wychodzi niecałe 40 minut. W tym czasie pokonuję prawie 14 kilometrów przebijając się przez miasto. Dużo jest niestety czekania na światłach czy kluczenia między innymi rowerzystami, ale mimo to w kwestii czasu trwania podróży jest naprawdę nieźle. Zwłaszcza w drodze powrotnej, kiedy to zamiast tłuc się do domu minimum godzinę, rowerem przekraczam próg po 40 minutach, a więc o 1/3 szybciej.

Pozytywna energia. Chociaż zdarzało mi się już wyskakiwać na rower przed pracą, to były to raczej pojedyncze przypadki niż codzienność. Nawet, jeśli jadę tylko wspomniane 40 minut, to nie jest to na pewno czas, którego więcej spędzam stojąc w autobusie, niejednokrotnie tkwiąc w korkach i będąc ściśniętym przez tłum innych pasażerów. Po przyjeździe do pracy rowerem, pozytywnej energii jest więcej i pierwszą kawę piję dopiero wczesnym popołudniem, a nie z samego rana. Fajnie.



Korki. Te - przynajmniej w znacznym stopniu - są już niestraszne. Można przecisnąć się między samochodami i chociaż wciąż nie jest to może wymarzona jazda, to przynajmniej jest się coraz bliżej celu - bez niepotrzebnej frustracji i ciągłego spoglądania na zegarek w trybie czas leci, a ja ciągle w tym samym miejscu, kiedy i tak nic nie można z tym zrobić.


Jazda na rowerze. Po prostu. Robienie tego, co się lubi i idealny przykład łączenia przyjemnego z pożytecznym (bo do pracy i tak jakoś się dostać trzeba). Dwakroć bardziej pozytywny, jeśli w komplecie jest ładna pogoda. Świeże (mimo, że warszawskie) powietrze, aktywność fizyczna, prędkość, widoki zmieniające się naokoło. Chociaż nie jest to szosa, to na dłuższych prostych też można czasem przycisnąć. A że na mojej trasie rowerzystów jest całkiem sporo, wyprzedzając ich można się poczuć jak mistrz lokalnej ustawki szosowej. Ach, niespełnione ambicje!


Oczywiście, nie zawsze jest perfekcyjnie. Pogoda może być słaba, po drodze może się trafić jakiś mistrz kierownicy, a i warszawskie ścieżki rowerowe idealne nie są. Z komunikacji miejskiej wciąż zdarza mi się czasem korzystać i nie dojeżdżam na rowerze do pracy codziennie, ale kiedy mam taką możliwość - chętnie korzystam. W obecnej sytuacji, kiedy Natalka pochłania praktycznie cały czas poza pracą i jestem na tymczasowym, obowiązkowym odwyku od szosy, dojazdy na rowerze pozwalają mi na utrzymanie jakiegokolwiek kontaktu z dwoma kółkami. A o to chodziło.

Wiem, że nie odkryłem Ameryki i dla tych z Was, którzy z roweru jako środka komunikacji korzystają od dawna, powyższe przemyślenia są oczywistymi oczywistościami. Dla mnie to jednak coś nowego i jak dotąd - podoba mi się.


Chociaż wpis czekał na publikację od ładnych kilku tygodni, ciągle brakowało czasu żeby usiąść do komputera i ogarnąć chociażby te kilka marnych zdjęć. Jak na złość, było też trochę przeszkód różnej maści i rower znowu musiał na chwilę pójść w odstawkę, ale zamierzam zaprząc go znowu do - nomen omen - roboty! :)

22 maja 2017

Zwiększona pojemność

Na odświeżonym authorze udało mi się już zrobić trochę kilometrów. Co prawda ich suma starczyłaby zaledwie na zaliczenie skromnego Gran Fondo na Stravie (albo i poza Stravą ;)), ale nie ma co się dziwić, jeśli dominowały kilku-, kilkunastolikometrowe wypady, a najdłuższy z nich miał jakieś 30 kilometrów. Trochę inna bajka niż szosa, ale cieszę się, że jest chociaż tyle. Kilometry te zainspirowały mnie do wprowadzenia jeszcze jednej zmiany...

Sakwy!

Po tym jak zdarzało mi się wracać ze sklepu z plecakiem wypchanym do granic możliwości, z ciężkim u-lockiem przypiętym na zewnątrz, bo w środku nie było już miejsca, nie wspominając o wyjątkowo efektywnym grzaniu pleców przez ów plecak (bo nie był to nawet tzw. plecak rowerowy), doszedłem do wniosku, że trzeba z tym coś zrobić. Zdecydowałem się więc na sakwy.

Z wiadomych przyczyn odpuściłem sobie robienie wyjątkowo wnikliwego rozeznania rynku, czytania dziesiątek testów i recenzji, a zamiast tego dość szybko zaopatrzyłem sie w decathlonowe sakwy B'Twin 500 o pojemności 20 litrów każda i bagażnik Kross Weekendrack 200. Całość montowałem jakoś między trzecią a czwartą w nocy w przerwie między karmieniem Natalki... ;)

Sakwy są wodoodporne (co nawet raz miałem już okazję sprawdzić), więc nie trzeba się wyjątkowo obawiać o stan ich zawartości w czasie deszczu. Nie dość, że mieści się w nich znacznie więcej niż w plecaku, to nie wpływają też znacząco na komfort jazdy (plecy...). Co prawda obciążenie czuć nieco w trakcie pedałowania, ale spodziewałem się czegoś gorszego i nie ma tragedii. Załóżmy, że nogi będą potem mocniejsze... ;) To, co było akurat wygodniejsze w przypadku plecaka to szybkość jego demontażu. Zdjęcie sakw z bagażnika zajmuje jednak nieco więcej czasu i przy kilku postojach po drodze - kiedy wolimy nie zostawiać sakw przypiętych do roweru - może być nieco upierdliwe. Nie zaszkodziłoby też kilka przegródek czy kieszonek na drobiazgi (a może torebka podsiodłowa?). Ale chyba zaczynam marudzić... ;)

Z zakupu jestem jednak jak dotąd zadowolony. Czas pokaże jak z trwałością nowych zabawek, ale zakładam, że trochę pożyją, biorąc pod uwagę, że na razie - takie dłuższe na razie - nie mam żadnych planów wyprawowych... Efekt finalny przedstawia się tak:


Sakwy mogą wyglądać na zamontowane nieco za bardzo z tyłu - tak też jest, ale zakładając je na środku bagażnika, przy każdym obrocie korbą uderzałem w nie piętami. Na szczęście nie wpływa to jakoś drastycznie na właściwości jezdne (a przynajmniej nie nie dane mi było się jeszcze o tym przekonać), a i całość nie jest chyba na tyle asymetrycznie obciążona żeby powstawało ryzyko uszkodzenia bagażnika czy mocowań. Tak sądzę... :) Być może w wolnej chwili (haha, jakiej chwili? ;)) popatrzę jeszcze czy można to jakoś usprawnić, chociaż jak na razie całość daje radę i pewnie tak już zostanie.

Kto by pomyślał, że kiedykolwiek będę korzystał z sakw...? ;)

22 kwietnia 2017

Author - reinkarnacja

Ostatni raz zmieniałem coś w authorze cztery lata temu. Od tamtego czasu jednak i tak korzystałem z niego mocno sporadycznie, za priorytet mając szosę. A skoro już o priorytetach mowa to te niedawno mocno się zmieniły i trzeba się jakoś dostosować do nowej sytuacji, próbując jednocześnie utrzymać jakikolwiek kontakt z dwoma kółkami. Z tego też powodu jakiś czas temu zrobiłem zamówienie w zaprzyjaźnionym Rowerplus.pl i po niedługim czasie w moich drzwiach stanął kurier z pudłem pełnym przyjemności. Do zawartości pudła dołączyłem pedały oraz buty, i tak, za materiał do zmian posłużyły:


KOŁA FH-/HB-TX800 + EXAL ZX19

Stare koła swoje już przejechały i zarówno piasty jak i obręcze były już mocno wysłużone. Nie chciałem też inwestować nie wiadomo ile w nowy zestaw, więc stanęło na komplecie zbudowanym na piastach Tourney i poleconych przez Wojtka z Rowerplus.pl obręczach Exal. Obręcze są kapslowane i mają wskaźnik zużycia, więc fajnie. Zobaczymy ile przeżyją.


OPONY SCHWALBE LAND CRUISER 1,75"

Szukałem czegoś, co nadawałoby się do jazdy nie tylko po asfalcie, ale też w lekkim terenie. Ze względu na kształt bieżnika i może pewnego rodzaju zaufanie do Schwalbe, wybór padł na Land Cruisery. Mam nadzieję, że wkładka K-Guard będzie mnie skutecznie chronić przed wszelkim złem czyhającym na mnie na nieoczyszczonych drogach i ścieżkach. Jak dotąd, opony Schwalbe, z których korzystałem nie zawodziły mnie pod kątem odporności na przebicie, więc mam nadzieję, że będzie tak i tym razem.


BŁOTNIKI SKS BLUEMELS + CHLAPACZ

Chociaż nie miałem jeszcze okazji testować błotników w deszczowych warunkach bojowych, to już podczas montażu sprawiają bardzo solidne wrażenie. Są wykonane z warstwy tworzywa i folii aluminiowej, co pozytywnie wpływa na ich masę i sztywność. Dzięki temu też, mogłem w nich zrobić otwór pod montaż chlapacza używając rozgrzanego śrubokręta zamiast wiertarki ;) Dziwne, że SKS nie zrobił fabrycznego otworu... W trakcie jazdy błotniki są solidnie trzymane przez pręty mocujące i całość jest stabilna. Jedynie chyba tylko tylna część przedniego błotnika nieco lata na nierównościach i ociera czasem o oponę, ale być może to wina dodatkowego obciążenia chlapaczem... Przedni błotnik wykorzystuje też magiczny system ASR gwarantujący ponoć wypięcie się błotnika z mocowań w razie dostania się czegoś (patyka albo pompki rywala) między szprychy. Obym nie musiał sprawdzać skuteczności.


PEDAŁY SHIMANO PD-M520

Tu właściwie komentarz jest zbędny - SPDowa klasyka w wersji czarnej. Pedały były prezentem od żony, za który serdecznie jej dziękuję ;) Niejednokrotnie wspominałem, że wygodniej/pewniej/lepiej jeździ mi się będąc wpiętym w pedały, więc w przypadku odświeżania authora również postanowiłem pójść w tę stronę. A skoro pedały to i...



BUTY SHIMANO SH-MT34

Turystyczno-cywilny model shimanowskich butów, a więc umożliwiający w miarę normalne chodzenie bez stukania o chodnik blokami jak koń podkowami oraz posiadające nieco elastyczniejszą niż w przypadku typowo rowerowych butów podeszwę. Po pierwszych jazdach jestem całkiem zadowolony i nie mogę nawet chyba za bardzo narzekać na sztywność zapięcia przy użyciu zwykłych sznurówek zamiast rzepów, klamer czy innych cudów. Wyglądają może nieco topornie, ale chodziło bardziej o funkcjonalność niż o wygląd, a ta, w przypadku krótkich niesportowych jazd jest w porządku. Zobaczymy jeszcze jak z oddychalnością przy wyższych, bardziej letnich temperaturach (na razie jeździłem przy kilku, kilkunastu stopniach).

Poza wyżej wymienionymi częściami zdecydowałem się jeszcze na wymianę hamulców. Bez robienia większego rozeznania rynku (czyt. riserczu!), kupiłem pierwsze lepsze, podstawowe szczęki Tektro.

W tym miejscu chciałbym podziękować niezawodnemu Wojtkowi z Rowerplus.pl za wsparcie w wyborze części i późniejszym ich montażu, gdyż nie obyło się bez malutkich przeszkód. Nie po raz pierwszy cierpliwie przebrnął przez moje maile i doradził :) Jako gratis do zamówionego pudła dostałem też komplet odblaskowych naklejek w kolorze... czarnym :) Dzieło Shaman Racing/3M i fajny pomysł na zwiększenie bezpieczeństwa bez konieczności robienia z roweru (kasku czy czegokolwiek innego w kolorze czarnym) choinki - zapewne wylądują na scottcie.

Standardowo zmotywowany nowymi zabawkami zabrałem się do rozkręcania, czyszczenia, smarowania i skręcania authorskich bebechów. To wszystko miało miejsce w... grudniu ubiegłego roku :) Potem wpadłem we wspomniany w poprzednim wpisie wir remontowo-przednarodzinowych przygotowań i ilość dostępnego w mieszkaniu miejsca oraz czasu dostępnego na grzebanie w rowerze automatycznie zmalała do zera. A w planach miałem jeszcze wymianę linek i pancerzy. Ponieważ na horyzoncie nie było widać szansy na poprawę, zrobiłem coś, czego nie robiłem od ładnych kilkunastu lat - zaniosłem rower do serwisu :) Parę razy przymierzałem się do samodzielnej wymiany okablowania, ale za każdym razem coś stawało mi na przeszkodzie. Czas leciał, pogoda coraz bardziej zachęcała do jazdy i głód roweru rósł. Postanowiłem więc tym razem odpuścić sobie własnoręczny serwis, ale przynajmniej mieć skończony rower.

Panowie serwisanci całkiem sprawnie uwinęli się z wymianą i po dwóch dniach miałem już w rękach sprzęt gotowy do jazdy.


Efekt końcowy przedstawia się nieco groteskowo, ale muszę przyznać, że całość pracuje całkiem przyjemnie jak na części tej klasy. Co prawda author to obecnie wciąż swego rodzaju półśrodek, bo ani to demon prędkości ani maszyna w teren, ale wykorzystując posiadaną bazę i parę nowych części wyszło chyba całkiem znośnie, biorąc pod uwagę przeznaczenie całości.

Pierwsze wrażenia po pierwszych kilometrach? Ale ta kierownica szeroka. Coś miękko w okolicach suportu. Ej, przecież nie muszę jechać tylko asfaltem! Gdzie się podziało przyspieszenie? A... To moje słabe nogi po kilkumiesięcznej przerwie. Niemniej jednak bardzo się cieszę, że w końcu wsiadłem na rower. Nawet, jeśli jazda polega tymczasowo na kilkukilometrowych wypadach po codzienne zakupy czy na podobnych, ultraciężkich jednostkach treningowych. Tak jak wspomniałem chyba w którymś z wcześniejszych wpisów, po głowie telepie mi się dojeżdżanie rowerem do pracy. Muszę sobie to tylko przeanalizować od strony logistycznej i - kto wie - może uda się połączyć przyjemne z pożytecznym.

Na razie Natalka stwierdza chyba powoli, że moja wątła klata jest zbyt koścista żeby spać na niej dłużej niż godzinę i zaczyna się wiercić, więc pora kończyć wpis... Do zobaczenia ;)