07 stycznia 2017

Rok 2016 i zapowiedź zmian

Rok 2016 za nami, czas więc na kilka słów rowerowego podsumowania. Jaki był ten sezon? Chociaż w liczbach może tego nie widać, muszę przyznać, że był całkiem udany i będę go naprawdę przyjemnie wspominał. Skoro już przy liczbach jesteśmy, poniżej klasyczny wykresik z ilością przejechanych kilometrów.


Wreszcie udało mi się przekroczyć okrągłe 4000 km... W minionym sezonie wyłącznie na szosie - 4153,57 km według licznika, 4068,80 km według Stravy, z którą to zaprzyjaźniłem się właśnie od ubiegłego roku. 4000 km nie jest oczywiście powalającym dystansem z perspektywy szosy, ale - jak zwykle - cieszę się, że chociaż tyle udało się wcisnąć w codzienne życie. Tym razem również nieco lepsza była pierwsza połowa roku, a zwłaszcza maj, w którym to przekroczyłem 1000 km, co naprawdę dawno mi się nie zdarzyło. Jak by nie patrzeć, to 25% owego imponującego rocznego dystansu ;) Było akurat nieco więcej czasu, więc i kilometrów automatycznie przybyło. Potem było już niestety tylko gorzej - przyszły pewne zmiany w życiu zawodowym, ilość wolnego czasu nieco się skurczyła, pogoda nie zawsze była rowerowa, a pod koniec roku - co powoli staje się chyba nową tradycją - dopadło mnie przeziębienie (za dużo pracy, za mało roweru ;)), więc mimo szczerych chęci kontakt z szosą był mniejszy.

Co poza tym?

Na początku roku skorzystałem z bikefittingu. Z efektów jestem bardzo zadowolony i uważam, że to jedna z bardziej udanych, niesprzętowych inwestycji rowerowych. Chociaż nie ukrywam, że nieco zawaliłem kwestię rozciągania, ogromną korzyścią jest na pewno to, że na rowerze czuję się po prostu lepiej - zarówno pod względem komfortu jak i efektywności jazdy.

Było też trochę jazdy w grupie, co prawda nie - jak wcześniej planowałem - z Rondem Babka, ale z grupą spod Veloartu. Te kilku-, kilkunasto- oraz jeden kilkudziesięcioosobowy (chociaż niektóre ludowe podania sugerują nawet przekroczenie setki - kwietniowe rozpoczęcie sezonu z Cyklistą/Veloartem) wypad będę naprawdę fajnie wspominał. Zdarzało mi się nawet spędzać trochę czasu na czele grupy, co raczej nie jest regułą w moim przypadku ;) Było więcej kilometrów, były i nieco mocniejsze nogi. Pod koniec września zgadałem się również z Łukaszem, z którym to udało się wyskoczyć kilka razy na typowe 50 km - dziwnym trafem zawsze wychodziło nam więcej niż 70. W doborowym towarzystwie kilometry jakoś same lecą... ;)

Podczas kilku krótkich pobytów na działce miałem też okazję pokręcić się po tamtejszych trasach, znaleźć kilka nowych, bardzo przyjemnych odcinków i - co chyba najlepsze - oderwać się trochę od nieco już oklepanych okolicznych tras, po których jeżdżę na co dzień. Alpy to to nie są (wciąż płaskie jak stół Mazowsze... ;)), ale takie odświeżenie jest chyba potrzebne każdemu.

Udało mi się zdobyć 2 KOMy i wcisnąć się do kilku TOP10. Mało, bo sekundy, zabrakło do KOMa na finiszu KGSu, gdzie na podjeździe (jaki by on nie był) na liczniku miałem 58 km/h. Może jeszcze kiedyś... ;) Przy innej okazji udało mi się  natomiast (co prawda we współpracy z wiatrem) dość spontanicznie poprawić swój rekord maksymalnej prędkości na płaskim i obecnie jest to 62 km/h. Do zawodowców raczej nie będę się porównywał... ;)

W minionym roku nie wpadł niestety żaden dłuższy dystans, ale kiedy była jako taka forma, zdarzało mi się przejechać 120 km ze średnią 31 km/h czy 70 km ze średnią 33 km/h. I dużo i mało, a średnia to tylko średnia, ale kolejny raz mogłem się przekonać, że bardziej regularna jazda to automatycznie lepsze efekty. Tak tak, wyjątkowo odkrywcze ;)

Dosłownie kilka razy wyszedłem sobie dla urozmaicenia pobiegać i udało mi się uzyskać ponoć (ponoć, bo nie miałem wcześniej żadnego odniesienia) całkiem niezłe czasy/tempo: średnio 4:30 min/km na 5 km i 5:00 min/km na 10 km. Jak na osobnika bez biegowej przeszłości mogę chyba być całkiem zadowolony. Oczywiście, żeby nie było zbyt pięknie, udało mi się też trochę rozsypać sobie kolano biegając po plaży podczas wrześniowego urlopu nad polskim morzem, co potem ciągnęło się za mną przez pewien czas, ale pomijając tę kontuzję, mogłem się przekonać, że bieganie może być całkiem przyjemną alternatywą dla roweru. Do rozważenia w przyszłości... :)

Bieganie bieganiem, ale wspomniany urlop był też wyjątkowy z innego powodu. Wraz z zestawem malutkich skarpetek, otrzymałem od żony poniższą wiadomość:

Nie jestem niestety w stanie podać źródła/autora - jeśli jakimś cudownym zrządzeniem losu
trafi tu twórca to zapraszam do kontaktu ;)

Zostanę tatą :) W maju urodzi nam się córeczka. Z perspektywy roweru znaczy to tyle, że czas na przerwę od szosy ;) Ciężko powiedzieć na jak długą, ale zamierzam kiedyś wrócić do zbierania asfaltowych kilometrów. Wspomniany wcześniej Łukasz jest dowodem na to, że da się pogodzić rodzicielstwo z szosą, więc staram się nie tracić nadziei ;) Na chwilę obecną mam ambitny plan utrzymania jakiegokolwiek kontaktu z rowerem wykorzystując w tym celu poczciwego authora. Będą to raczej króciutkie komunikacyjne wypady, chociaż po głowie chodzą mi od jakiegoś czasu dojazdy do pracy. Jak wyjdzie w praktyce - zobaczymy. Author dostał ostatnio parę nowych części (wpis wkrótce), a jak to z nowymi częściami bywa - również motywacja do jazdy jest większa ;) Przy okazji - warto też wspomnieć o majowej modernizacji scotta, kiedy to sprawiłem mu między innymi nowe koła. Te z kolei były jednym z powodów, dla których umówiliśmy się pierwszy raz z Łukaszem, co miało pomóc mu w wyborze zestawu dla siebie. Jak zatem widać - wszystko po coś się dzieje ;)

Ponieważ dzisiaj blogowi stuknęło okrągłe sześć lat, jemu również należy się parę słów ;) Miniony rok był o tyle inny od poprzednich, że zrezygnowałem z opisywania każdego szosowego wypadu. Widać to dobrze po ilości wpisów (w 2016 roku nie wychodzi nawet 1 wpis/miesiąc - wstyd! ;)). Dzięki temu jednak było więcej czasu na samą jazdę, a wpisy zastąpiłem korzystaniem ze Stravy. Chciałoby się napisać, że zmieniłem na blogu to, dodałem tamto, ulepszyłem coś innego, ale cóż - życie... Co więcej, podejrzewam że wkrótce czasu na pisanie będzie jeszcze mniej ;) Mam nadzieję, że blog jednak całkowicie nie umrze i przynajmniej raz na jakiś czas pojawi się tu kilka rowerowych zdań.

Nie robię żadnych konkretnych postanowień na 2017 rok. Priorytetem będzie córeczka, a jeśli przy okazji da się jakoś wpleść trochę roweru czy biegania - będę naprawdę zadowolony. Wam natomiast życzę realizacji wszelkich planów - tych rowerowych i nierowerowych - i aby 2017 rok był dla Was udany pod każdym względem!

03 grudnia 2016

Mark Cavendish - At Speed

amazon.com

At Speed to druga książka napisana przez Marka i poświęcona jego kolarskiemu życiu. Zachęcony Boy Racerem, postanowiłem sięgnąć również po nią i chociaż od jej przeczytania minęło już ładnych parę chwil to wydaje mi się, że warto o niej wspomnieć w kilku zdaniach.

Dlaczego? Bo tak jak z Boy Racera można dowiedzieć się czegoś więcej o kolarskim pro-świecie. Spora część książki poświęcona jest wspominaniu przez Cavendisha ważnych dla niego finiszów (czy też tych bardziej specyficznych, jak na przykład 11. etapu Tour de France 2010, kiedy główną rolę odegrała głowa Marka Renshawa), etapów czy wyścigów. Można jednak również poczytać o tym, jak - na przykładzie Teamu Sky i OPQS - duże znaczenie ma atmosfera w drużynie i wsparcie z jej strony. Cavendish dzieli się także swoimi przemyśleniami na temat tego, jak narodziny córki zmieniły jego podejście do ścigania, wspomina śmierć Woutera Weylandta na 3. etapie Giro d'Italia 2011 czy potrącenie Flechy przez samochód francuskiej telewizji, co skutkowało nieprzyjemnym lądowaniem Hoogerlanda na ogrodzeniu z drutu kolczastego (9. etap Tour de France 2011).

Pamiętam, że z zainteresowaniem czytałem opis przygotowań do Mistrzostw Świata w Kopenhadze w 2011 roku. Prowadzona przez Roda Ellingwortha czteroletnia kampania, określana jako Project Rainbow Jersey pozwoliła Cavendishowi zdobyć tęczową koszulkę w stolicy Danii. Co ciekawe - kilka dni po wyścigu okazało się, że Mark zdobył tytuł... z dziurawą oponą.

Myślę, że książka może zainteresować nie tylko fanów Cavendisha, ale kolarstwa w ogóle. Gdyby jednak ktoś chciał poznać także inne punkty widzenia, wybór jest spory, a kolarze to - jak się okazuje - wyjątkowo płodni literacko sportowcy ;) Przeglądając zasoby Amazonu, książki napisali również Froome, Wiggins, Voigt, Riis, Hincapie i wielu innych. Jest co czytać...

22 listopada 2016

Czym usunąć kapsel?

Dzięki skuwaczowi do łańcucha można wymienić uszkodzone ogniwo, kluczem do suportu w(y)kręcić miski, ściągaczem korb zdjąć ramiona z osi suportu. Ot, typowo rowerowy standardzik. Ale czym usunąć kapsel? Nie nie, nie imbusem, to by było zbyt oczywiste. Nie słyszałem też żeby ktoś chciał usuwać kapsle z obręczy, więc to też nie ten kierunek.

Otóż kapsel można usunąć otwieraczem do butelek. Och ach, wiem, nie lada ze mnie zgrywus i mistrz suspensu...! Ten wpis nie miałby jednak racji bytu, gdyby nie był jakoś związany z rowerami. A w życiu każdego rowerzysty (ok, może nie każdego, ale tak się mówi) przychodzi czasem moment, w którym ma ochotę napić się nie izotoniku, nie magicznego szejka węglowodanowego, ale piwa. Albo oranżady za złoty trzydzieści z kaucją. Albo czegokolwiek, co jest w szklanej butelce, która jest zamknięta kapslem i którego to kapsla trzeba się pozbyć, aby dostać się do cennej zawartości. I chociaż ludzkość wymyśliła już wiele sposobów aby to zrobić to wspomniany rowerzysta może wykorzystać w tym celu otwieracz w kształcie - niespodzianka - roweru.


Posiadaczem obu otwieraczy stałem się dość niespodziewanie, a to dlatego, że dostałem je od różnych osób, ale praktycznie w tym samym czasie. Uprzedzając - nie, nie mam problemu alkoholowego. Chyba...

Pierwszy zafundowała mi żona przy okazji robienia debiutanckich zakupów na AliExpress.


Drugi zaś dostałem od rodziców, którzy dopadli go na Międzynarodowych Targach Turystycznych, które odbywały się w połowie października w Nadarzynie (i na których to mieli okazję porozmawiać z Wojtkiem Ziemnickim, o którego książce poświęconej rowerowej wyprawie wokół Islandii pisałem jakiś czas temu - teraz posiadam również wersję z autografem, ha!). Pochodzi z Mountain Warehouse.


Mając rowerowe otwieracze, można na przykład otworzyć spirifera... Idealnie!

Oba modele nie są może wyjątkowo poręczne w obsłudze i otworzenie butelki w ułamku sekundy może wymagać pewnej wprawy, ale rowerowy akcent zawsze w cenie, prawda?