18 stycznia 2014

Krótko, zakupowo, poprzeziębieniowo

W ciągu ostatniego tygodnia walczyłem z jakimś głupawym przeziębieniem... Obstawiam, że dopadło mnie podczas powrotu z oddawania krwi, bo trochę mnie wówczas przewiało. Lepiej jednak, że po, a nie przed ;) Z tego też powodu przegapiłem śliczną pogodę w poniedziałek - miałem akurat wolne, więc w planach była szosa, a skończyło się całodniowym pobytem w łóżku. Zdrowie już nie to co kiedyś... ;) Z dnia na dzień było jednak coraz lepiej i obecnie jestem już właściwie zdrowy. Z tego też powodu, postanowiłem chociaż na chwilę wsiąść dziś na rower. Tym bardziej, że były zakupy do zrobienia, więc sytuacja idealna ;)


Jak widać na zdjęciu, ostatnio spadł wreszcie (wreszcie... ;)) pierwszy tej zimy śnieg. Nie było go na tyle dużo żeby zasypało całe miasto, ale mimo to część ścieżek rowerowych i tak była pokryta białym dziadostwem. Ta powyżej stanowiła akurat pewien wyjątek. Pomijając śnieg, na ścieżkach nie zabrakło też oczywiście pieszych. W sumie nic nowego... Przecież w zimie nikt nie jeździ na rowerze, to co za różnica czy będę iść chodnikiem czy ścieżką. To jednak temat stary jak świat i ścieżki rowerowe z okresu późnego paleozoiku, nie ma co tego roztrząsać. Przy okazji - o rodzajach miejskich rowerzystów i jeździe rowerem po chodniku można przeczytać u Maćka (Na Rower!) i Łukasza (Rowerowe Porady).

Pod jednym ze sklepów dopadła mnie kolejna irytacja. Chciałem przypiąć rower, rozglądam się... Widzę coś, co przypomina stojak! Mina jednak szybko mi zrzedła - okazało się, że stojak pomieści może ze dwa rowery, a co gorsze - nie jest niczym przymocowany do podłoża. Ważył więc mniej więcej tyle, co sam rower. Stwierdziłem, że nie ma co przymocowywać roweru do stojaka, który równie dobrze można zabrać razem z nim i zmuszony byłem przytwierdzić authora do jakieś barierki kilkanaście metrów dalej. Nie rozumiem tylko, po co stawiać pod sklepem stojak, którego tak naprawdę nie można praktycznie wykorzystać. Chyba tylko dla zasady...

Wróciłem do domu mając na liczniku 10 km - skromne, ale zadowalające, bo w ogóle. Samopoczucie od razu lepsze :)

12 komentarzy:

  1. U Ciebie śnieg a w Łodzi w nocy spadł marznący deszcz. Rano wszystko było pokryte cienką warstwą lodu :-( Biegało się fatalnie ale dało radę wycisnąć trening :-) Piozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To właściwie dopiero jakieś pierwsze nieśmiałe opady... Dziś rano ładnie przyprószyło, ale potem też właśnie pojawiło jakieś marznące nie wiadomo co i odechciało się wszystkiego. Fajnie jednak, że dałeś radę zaliczyć bieganie. Gratuluję i pozdrawiam :)

      Usuń
  2. zawsze to 10 km nawet 1km jest lepszy niż np tv :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, staram się szukać okazji do wyskoczenia nawet na jakieś krótsze odległości :) Zawsze to coś, tym bardziej jak na szosę nie ma czasu/warunków.

      Również pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Szkoda że tak odśnieżone ścieżki to rzadkość w naszym kraju. W większości przypadków nawet po tym jak przejedzie traktorek to i tak zostawi parę centymetrów śniegu ;/ I do tego ta sól. Noo ale już niedługo wybieram się gdzieś gdzie będzie smażyć słońce, szczegóły wkrótce ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety w Warszawie tak odśnieżone ścieżki to faktycznie rzadkość. Tym razem spadło niewiele śniegu, ale przy większych opadach zdarza się, że ścieżki wyglądają (albo raczej nie wyglądają, bo ich po prostu nie widać) jak w tym wpisie :)

      Słońce... Zabrzmiało intrygująco - czekam na owe szczegóły ;)

      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Zawsze powtarzam sobie, że szczęściarz ze mnie, że dojeżdżam codziennie do pracy na rowerze :) W ten sposób nawet gdy nie jeżdżę w ogóle, każdy tydzień zamykam kolejną setką na liczniku ;)

    Co do pieszych... Łatwo z nim nie jest, ale i oni lekko nie mają. To, co dziś przeżyłem, zmroziło mi krew jeszcze skuteczniej niż 8-stopniowy mróz: http://www.kochamrowery.pl/2014/01/frustracja-osiaga-poziom-totalny.html

    Gdyby głupota miała skrzydła...


    Żeby nie kończyć komentarza marudzeniem, gratuluję wygranej walki z przeziębieniem :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dojazdy do pracy to z pewnością bogate złoże kilometrów do wydobycia :) Z samych dojazdów wpada pewnie koło 4, 5 tys. rocznie? :)

      Ech, gdyby głupota miała skrzydła, to facet z Twojego wpisu stanowiłby pewnie niemałą konkurencję dla jakiegoś boeinga...

      Dziękuję za gratulacje, jak na razie zdrówko jest, a i dziś kilka mroźnych kilometrów wpadło tylko nie ma kiedy napisać kilku zdań... ;)

      Również pozdrawiam :)

      Usuń
  5. Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia!

    Po Twoim poprzednim wpisie zacząłem się zastanawiać czy samemu nie zacząć oddawać krwi (jeśli się zdecyduję to dam znać).

    Beznadziejne stojaki to temat rzeka, dlatego rzadko przypinam do nich rower. Sam zresztą powoli przygotowuję się do krucjaty wymierzonej przeciw urzędnikom miejskim, jednak potrzeba jeszcze trochę środków pieniężnych i trochę wolnego czasu.

    Codziennie robię między 5 a 10 km i jest to najprzyjemniejszy aspekt chodzenia do pracy ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki!

      Jeżeli nie masz jakichś zdrowotnych przeciwwskazań to nie ma się nad czym zastanawiać! :)

      Stojaki faktycznie spełniają przeważnie jakieś podstawowe normy (nie)przyzwoitości i niejednokrotnie zdarzało mi się szukać jakiegoś rozwiązania zastępczego. Cóż...

      Hehe, czyli wychodzi na to, że najprzyjemniejszym aspektem chodzenia jest jeżdżenie... :)

      Pozdrawiam!

      Usuń
  6. I tak przy okazji odnośnie przeziębienia:-) może zabrzmi to śmiesznie ale od kiedy biegam (bez względu na pogodę - jak trening w grafiku nie ma że leje czy coś;) nic mnie nie bierze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wg mnie nie brzmi śmiesznie - kiedy jeździłem sporo więcej niż obecnie, to chorowałem może raz na... nawet nie wiem ile :) Teraz co prawda też nie jestem jakiś super chorowity, ale mimo wszystko jakieś przeziębienie się czasem pojawi. Gratuluję wytrwałości! :)

      Usuń