27 października 2011

Szosa 27-10-2011 (70)

Dziś miała być kolejna nudna pięćdziesiątka ;) Byłem zmuszony nasmarować przed jazdą łańcuch, bo zaczynał już trochę piszczeć, co mnie zawsze w jakimś tam stopniu irytuje i odbiera przyjemność z jazdy ;) Tak naprawdę, to powinienem zmienić łańcuch na poprzedni, ale leniwa ze mnie bestia i po zdiagnozowaniu, że ten praktycznie nie jest brudny, pomyślałem, że dotrzaskam na nim jeszcze te 300 km, a drugi łańcuch założę dopiero w przyszłym roku. Nie mam aż takiego kopyta, żeby po przejechaniu 300 km rozciągnąć łańcuch o miliardy procent, więc zakładam, że tragedii nie będzie ;) Na początek, już tradycyjnie, przejechałem sobie 5 km rundkę po mieście, żeby się trochę rozkręcić, ale dziś było o tyle inaczej, że przejechałem ją w naprawdę spokojnym tempie. Nie żebym zawsze pędził 50 km/h, ale niejednokrotnie samo z siebie wychodzi te ponad 30 km/h, a właściwie nie wiem po co... Tak więc, po spokojnej rozgrzeweczce skierowałem się na właściwą trasę. No i jechało się bardzo przyjemnie - tak jak ostatnio - z wiatrem w plecy. Tak się zastanawiam, czy nasmarowanie łańcucha i jego cichutka praca nie wpływa na osiągi... ;) Któryś raz zauważam, że jeśli napęd cicho pracuje, to jakoś lżej mi się pedałuje. Nie sądzę, aby było to zasługą tylko tego, że tarcie między elementami łańcucha jest pewnie o jakieś skromne procenty mniejsze. Może po prostu to, że napęd nie wydaje cierpiących dźwięków podświadomie sugeruje, że człowiek się mniej męczy i korby same się obracają? ;) Nieważne, filozof ze mnie kiepski więc lepiej zostawię ten temat, hehe. Mimo wszystko, postanowiłem sobie dziś trochę urozmaicić trasę. A owo wyjątkowe urozmaicenie polegało na dodaniu przejazdu ul. Lipkowską/Fedorowicza w tą i z powrotem ;) Kilometrów dużo nie przybyło, ale bardzo lubię tamten odcinek. Przy okazji uwieczniłem złotą polską jesień:


Potem było już standardowo, ale tamte okolice też lubię, więc bardzo nie cierpiałem ;) Po drodze uwieczniłem jeszcze kościół pw. Wniebowzięcia NMP w Starych Babicach. Jadąc ul. Sienkiewicza jest leciutki podjazd. Ten widoczek też lubię, kościół ładnie się wcześnie wyłania zza domów i zakrętu. Gdyby nachylenie tego podjazdu było większe i gdyby był wybrukowany, biorąc pod uwagę jesienną aurę możnaby się poczuć jak na jakimś klasyku ;)


Po dojechaniu w okolice domu miałem na liczniku jakieś 5x km. Miałem jeszcze trochę sił w zapasie, a i pogoda była coraz ładniejsza. Czasu było co prawda coraz mniej, ale pomyślałem, że trochę sobie jeszcze pokręcę, żeby trochę urozmaicić te ostatnie szosowe posty ;) Najpierw więc pojawiło się na celowniku 60 km. Ale jakoś za szybko zleciało... ;) Pomyślałem sobie mam jeszcze chwilkę, niech będzie 70 ;) Nie lubię co prawda dokręcać kilometrów po mieście, ale te 50 km jakoś błyskawicznie minęło. Źle bym się też czuł po powrocie, gdybym się wystarczająco nie zmęczył mając jeszcze trochę czasu w zapasie, hehe. Tak więc, wyszło ostatecznie 70 km, których w ogóle się dziś nie spodziewałem.

2 komentarze: