13 czerwca 2015

Szosa 07-06-2015 (70,05 km)

Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się opisywać jakiegoś szosowego wypadu prawie tydzień później... Dziś jednak nastał ten dzień ;) W tym tygodniu było mi jakoś wyjątkowo nie po drodze z pisaniem. O długim weekendzie pewnie nikt już nie pamięta, a jak wspomniałem w ostatnim wpisie, w niedzielę parę kilometrów też wpadło. I właśnie o nich będzie kolejne kilka zdań.

Tak jak w sobotę, w niedzielę też wiało i był upał. W planie miałem około 60 kilometrów i trasę o mniej więcej takiej długości próbowałem ułożyć sobie jakoś na mapie (papierowej, bo na działce Internetu brak, ha! ;)). Jakoś nic mi się sensownie nie układało, ale że lubię tamtejsze okolice to stwierdziłem, że mogę ewentualnie przejechać dwukrotnie pętlę o długości 30 kilometrów. A taką już było łatwiej znaleźć. I znalazłem ;)

Ruszyłem w stronę Kamieńczyka i przez most nad Liwcem skierowałem się w stronę Łochowa. Nawet pomimo ostatnich upałów, wody w rzece było całkiem sporo.


Przejechałem przez Nadkole (ten odcinek wyjątkowo lubię), dojechałem do DK62 i po kilku kilometrach dotarłem do Łochowa. Tu zaskoczył mnie trochę (a w Łochowie już od jakiegoś czasu nie byłem) rozkopany przejazd kolejowy.


Zresztą nie tylko przejazd jako taki, bo jak się później dowiedziałem, od kilku miesięcy remontowana jest trasa kolejowa Warszawa - Białystok. Na szczęście jednak torami nie zamierzałem jechać i na rondzie skręciłem na południe w DK50. Kolejny raz przejechałem nad Liwcem i przyznam szczerze, że ze względu na temperaturę trochę pozazdrościłem ludziom kąpiącym się w rzece ;)


Z DK50 skręciłem w prawo na Urle. Droga i widoki bardzo przyjemne:



Na tym jednak plusy się skończyły. A jaki mógł być minus? Wiatr w twarz. To już nawet ciężko nazwać niespodzianką ;) Tak jak do Łochowa jechało mi się naprawdę przyjemnie, bo nawierzchnia jest w bardzo dobrym stanie, a i wiatr sprzyjał, tak od momentu zjazdu z DK50 aż do końca pierwszej pętli musiałem zmagać się z tym dziadostwem.

Za Borzymami spotkała mnie kolejna kolejowa niespodzianka:


Miałem jechać dalej prosto przez Urle, ale jak objazd to objazd... Dużo drogi nie było do nadrobienia, a i całkiem mi się podobała. Objazd prowadził przez stację PKP Urle, gdzie tory są już jak spod igły ;)


O ile dobrze pamiętam, w okolicy Iłów/Strachowa asfalt był już nieco gorszy, co w połączeniu z wciąż przeszkadzającym wiatrem było takie sobie. Przeciąłem DK62 i skierowałem się na Kamieńczyk. Przed nim znowu odbiłem na most nad Liwcem i zacząłem drugą pętlę.

Była mocno zbliżona do pierwszej (serio? ;)), ale obyło się bez większych kryzysów, nawet pomimo silnego wiatru. Kończąc drugą pętlę nie odbijałem na most, ale dojechałem do Kamieńczyka, zawróciłem na rynku i stamtąd udałem się już prosto na działkę. Wyszło w ten sposób okrągłe siedem dyszek.

Tak jak sobotnia jazda, niedzielna również nie była bardzo długa. Wiatr i wysoka temperatura znowu trochę mnie skatowały, ale było o tyle fajnie, że poznałem (albo raczej przypomniałem sobie, bo kiedyś się tam już kręciłem) trochę lokalnych asfaltów. Może przy kolejnej okazji poznam ich jeszcze więcej...? :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz