18 marca 2013

Nadgryziony!

Wiosna coraz śmielej próbuje zawitać na stałe, ale wciąż jest jeszcze sporo śniegu. Tym razem cofnę się więc do roku 2006, a więc czasów, kiedy jeździłem jeszcze intensywniej na Authorze. W któryś z czerwcowych piątków zrodził się w mojej głowie pomysł przejechania w sobotę 100 km, z tym że planowałem wyruszyć wcześniej niż zwykle, bo później miałem jeszcze coś tam do zrobienia.

I tak, wstałem o 5 rano, wrzuciłem coś do brzucha, założyłem wspominane przeze mnie niedawno ciuchy i wyruszyłem na - wówczas dość często przeze mnie uczęszczaną - trasę: z Ochoty na Młociny i potem do Powsina, a więc na drugi koniec miasta. Wychodziło ok. 80 km, po czym dokręcałem sobie jeszcze po okolicy te 20 km.

Może poza godziną wyjazdu nie było w tej setce chyba nic wyjątkowego. Aż do momentu, kiedy jechałem - już z Młocin - ul. Marymoncką i przy stacji benzynowej napotkałem 2 bezpańskie psy. Leżały sobie obok chodnika. Jeden mniejszy, drugi większy, o czym przekonałem się, kiedy ten drugi wstał na mój widok. Był naprawdę większy, bo sięgał mi do ud. Jechałem dość wolno (o zgrozo - chodnikiem!), ale temu większemu chyba i tak się to nie spodobało, bo zaczął iść za mną i szczekać. Nie zrozumiałem, co chciał mi przekazać i może właśnie dlatego - postanowił dziabnąć mnie w łydkę. Pierwszy raz ugryzł mnie pies i pamiętam, że byłem nieco zaskoczony, że nie bolało aż tak bardzo - po prostu mocniejsze ukłucie. Może też dlatego, że się tego nie spodziewałem i zanim zaczęło boleć, zębów w łydce już nie było ;) Pamiętam też, że miałem nieco dziwne uczucie, jak gdybym ciągle pedałując, podniósł go na chwilkę (oczywiście nie całego psa 2 m nad ziemię ;)). To go widocznie usatysfakcjonowało, bo postanowił odpuścić. Na szczęście, bestia nie wgryzła się dość głęboko, aczkolwiek przyozdobiła moją prawą łydkę takim oto szlaczkiem godnym zeszytu niejednego pierwszoklasisty:


Jak mówi Tomasz Jaroński - nie bójmy się słów - człowiek był młody i głupi. Stwierdziłem, że pies nie odgryzł mi nogi, krew nie leje się w tempie zagrażającym mojemu marnemu żywotowi, a że była trasa do przejechania to stwierdziłem, że będę żył i niewiele więcej się zastanawiając, pojechałem dalej. Nie wpadłem nawet na to, że praktycznie po drugiej stronie ulicy znajduje się przecież Szpital Bielański ;)

Noga nawet bardzo nie bolała, więc droga przez Wilanów do Powsina minęła całkiem sprawnie. Niestety, w tamtych czasach, zdjęcia robione aparatem w telefonie niewiele różniły się od tych robionych żelazkiem, ale znalazłem jeszcze na dysku jedno zrobione tamtego dnia właśnie w Wilanowie:


Obawiam się, że będziecie mi musieli uwierzyć na słowo, ale o ile dobrze pamiętam, zdjęcie zrobiłem z powodu mgły, która unosiła się nad polami i zakryła do połowy dźwigi (ekhm, żurawie budowlane) widoczne (widoczne) w centralnej części zdjęcia. A owe dźwigi odpowiedzialne były za budowaną już od dawna (i do dziś nieukończoną) Świątynię Opatrzności Bożej. Podobnie jak jakość zdjęć robionych telefonami, tamta okolica baaardzo się od tamtego czasu zmieniła...

Wracając jednak do żarłocznego psa, po powrocie do domu wyruszyłem z bratem (rodziców nie było akurat tego dnia w Warszawie) na eskapadę po szpitalach w celu zajęcia się moją cętkowaną łydką. Ku mojemu zadowoleniu okazało się, że słynnych bolesnych zastrzyków w brzuch zapobiegających wściekliźnie już się nie robi i że raczej nic mi nie grozi. Po powrocie rodziców wybrałem się z nimi na stację benzynową, aby zorientować się w sytuacji. Pracownik stacji stwierdził, że te pieski często tu są, przychodzą na jedzenie i są bardzo miłe. Ale właściciela nikt nie widział. Po telefonie do Straży Miejskiej okazało się, że oni odławianiem bezpańskich psów się nie zajmują i nic z tym nie mogą zrobić. Zresztą piesków i tak już tam nie było. Ponieważ musiałem jeszcze pojechać innego dnia na jakieś dodatkowe badania, owego czworonoga-bandytę mogę również obwinić o to, że przez niego opuściłem jedną jedyną w roku szkolnym godzinę lekcyjną. Taki ze mnie był pilny uczeń, a jakże! Był to akurat sprawdzian z biologii, więc może jednak nie wyszło tak najgorzej ;)

Cała historia skończyła się na szczęście bez ofiar. Żyję i jeżdżę na rowerze do dziś, kynofobii się nie nabawiłem, aczkolwiek pedałując, z całą pewnością nie potrzebuję do szczęścia bezpańskich psów jedzących ludzkie nogi. A może moja nie spodobała mu się dlatego, że była nieogolona...? ;)

Sporo jest ponoć sposobów na wyjście obronną ręką z takiego spotkania. Niektórzy ćwiczą w ten sposób sprinty, niektórzy atakują zwierzaka wodą z bidonu, inni zastawiają się rowerem, jeszcze inni zaczynają na psa ryczeć, jeszcze inni niż ci inni wożą ze sobą gaz pieprzowy lub magiczne urządzenia odstraszające psy ultrafioletowymi dźwiękami, blutufem czy czym tam jeszcze.

W tym miejscu miała się znaleźć jakaś błyskotliwa puenta, ale chyba odpuszczę i zaapeluję tylko do wszystkich psów czytających ten wpis: nie gryźcie rowerzystów!

4 komentarze:

  1. Warszawska Straz Miejska nie lubi tego wpisu ;P
    Btw,czytalem z zapartym tchem czy poszedles w koncu do lekarza ;)
    Takie wpisy swietnie zajmuja czas na meczach.. if you know what i mean..

    OdpowiedzUsuń
  2. Haha, tak, I know :D Cieszę się, że wpis zapewnił emocje, a u lekarza - jak wspomniałem - byłem, więc jestem zdrowy, nie zarażam, o północy nie zamieniam się w psa itd. Aczkolwiek jakoś nie tęsknię za podobnymi spotkaniami :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie chcę straszyć,ale wścieklizna jest dla człowieka w 100% śmiertelna.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dlatego tym bardziej cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło. Ostatnimi czasy nie zaczepiał mnie żaden dziki futrzak i mam nadzieję, że tak już pozostanie. Czego Wam i sobie życzę :)

    OdpowiedzUsuń