01 lipca 2015

Szosa 01-07-2015 (63,21 km)

Czas szosowo rozpocząć lipiec ;) Nie mam pojęcia, kiedy zleciało pół roku, ale nie o tym miało być... Właściwie roweru dziś nie planowałem, ale różne okoliczności sprawiły, że mogłem sobie pozwolić na krótką rundkę.

Po powrocie z pracy szybko się ogarnąłem i ruszyłem o 18:30. Ponieważ dzień jest jeszcze długi, parę kilometrów można było zrobić. Pojechałem bez konkretnej trasy w głowie, ale nastawiałem się na często przeze mnie ostatnio odwiedzaną pętlę przez Pilaszków, Białutki, Wawrzyszew i Leszno.

Niby miało być standardowo, ale jak się szybko okazało - nie było :) Pomijając całkiem sporą liczbę mijanych na początku kolarzy, pierwsze zaskoczenie spotkało mnie w okolicach Pilaszkowa, kiedy ze strony dwóch jadących z naprzeciwka kolarzy usłyszałem cześć Paweł! Zdążyłem tylko poznać Witka jadącego z przodu i krzyknąć hej! ;)

Na drugie zaskoczenie nie czekałem długo. Odbijając w Wąsach na Witki, zauważyłem jadącego z naprzeciwka kolejnego kolarza. Również skręcił na Witki, dogonił mnie i okazało się, że to Artur :) Dołączył do mnie i dalej pojechaliśmy razem. Pogadaliśmy trochę, dowiedziałem się m.in., że ostatnio do Babic przyjeżdża coraz więcej osób i średnia oscyluje w okolicach 38 km/h - może więc lepiej, że ostatnio nie mogłem wpadać, bo zapewne długo bym się z chłopakami nie utrzymał... :) Przejechaliśmy planowaną przeze mnie pętlę przez Wawrzyszew oraz Leszno i skierowaliśmy się z powrotem w stronę Warszawy.

Zaczął przeszkadzać trochę wiatr wiejący w twarz, więc Artur wziął sprawy w swoje ręce nogi i na liczniku było około 35 km/h. I pojawił się pewien problem... Skurcze. Znowu. W obu łydkach. Ostatni raz zmagałem się z nimi w kwietniu, kiedy to odpadłem z grupy właśnie przez skurcz. Od tamtego czasu zacząłem wcinać magnez i aż do dziś miałem z nimi całkowity spokój. Zero problemów. Tym razem jednak nie chciałem dawać za wygraną (nie żebym wtedy chciał ;)) i ze skurczonymi obiema łydkami starałem się nie puścić koła Artura. Nie powiem żeby była to wymarzona jazda ;) Dałem jednak jakoś radę i po pewnym czasie odpuściły.

Po drodze dołączyła do nas jedna osoba i przez parę kilometrów jechaliśmy we trzech.

Korzystając ze słońca, które jeszcze całkowicie nie zaszło, trzeba przecież było zrobić obowiązkowe zdjęcie pamiątkowe Arturowi... ;) W tle widać tego trzeciego.


Artur okazał dobre serce i uwiecznił również mnie (dzięki!), bo zawsze albo ktoś inny albo coś innego jest na zdjęciu ;)


Swoją drogą, podczas ostatniego pobytu na działce, dzięki uprzejmości mej Szanownej Małżonki ;) załapałem się na kilka rowerowych zdjęć - zapewne na dniach wrzucę żeby było dla potomnych, bo takich zdjęć mam naprawdę mało, a zawsze to fajnie mieć taką pamiątkę.

Jak daliśmy sobie spokój ze zdjęciami, Artur zaproponował żebyśmy dogonili trzeciego kolegę, który zdążył nam trochę odjechać. Stwierdziłem, że możemy spróbować i po chwili Artur leciał już 40 km/h, ja za nim, ale niestety znowu ze skurczami. Teraz było jeszcze łatwiej odpaść, ale postanowienie trzymania koła było silniejsze ;) Całkiem szybko dogoniliśmy ucieczkę, ale po chwili to my zostaliśmy tym razem we dwóch.

Tak dojechaliśmy do Warszawy i na Lazurowej się pożegnaliśmy. Było fajnie, ale przyznam szczerze, że czuję spory niedosyt przez dzisiejsze skurcze. Skutecznie wybiły mnie z rytmu i wiem, że mógłbym te zaledwie kilkadziesiąt kilometrów przejechać lepiej, a tak to wisiałem na kole Artura. Wyszedłem na jedną krótką zmianę, ale szybko opadłem z sił i tyle mnie było z przodu... A może to po prostu Artur roztacza wokół siebie skurczową aurę i tak mnie załatwił (i w kwietniu też, bo wówczas również jechaliśmy razem)? ;) Świetny sposób na konkurencję. Jak jeździłem sam to skurcze mnie nie łapały, więc podtrzymuję tę tezę...! ;) A na poważnie to nie wiem dlaczego dziś znowu mnie dopadły. Tempo nie było jakoś wyjątkowo rwane, początkowo jechaliśmy całkiem spokojnie i rozmawialiśmy. Potem było parę razy szybciej, ale powiedzmy, że w granicach tolerancji. Cóż, powiedzmy, że się zdarza...

Wielkie dzięki dla Artura za wspólne kilometry w miłej atmosferze i pozdrowienia dla Witka!

4 komentarze:

  1. Paweł z Witkiem jechałem ja - Janek i to ja krzyknąłem, bo poznałem Cię po koszulce. Jakoś przypadkowo się spotkaliśmy z Witkiem, jak ja leżałem na asfalcie, bo pod koło wleciał mi pies :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech no, sorry, nie zdążyłem się przyjrzeć, bo ledwo poznałem Witka i już się minęliśmy. Mam nadzieję, że cało wyszedłeś ze spotkania z psem (zakładam, że tak, skoro jechaliście potem we dwóch ;))?

      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Lekko poobcierany :) Nie ma tragedii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to dobrze, że tylko na tym się skończyło. Trzymaj się! :)

      Usuń