22 grudnia 2012

A jednak na żywo

Miał dziś być trenażer, ale plany się zmieniły. I bardzo dobrze :) Ponieważ ruszyły już świąteczne przygotowania, a w mieszkaniu jeszcze paru rzeczy brakuje, dziś pojawiła się okazja, żeby połączyć przyjemne z pożytecznym. Musiałem podjechać do rodziców po jedną rzecz, a że pogoda była świetna, pomyślałem, że bez sensu katować się dziś na trenażerze - trzeba pojechać (w prawdziwym tego słowa znaczeniu) na rowerze. Tak więc, nie tracąc czasu, wyciągnąłem Authora i zacząłem się ubierać, co w przypadku jazdy w zimie potrafi chwilę zająć ;) Spodenki rowerowe, nogawki (i na to, o zgrozo, jeansy!), potówka, bluza polarowa i rowerowa kurtka zimowa. Poza tym rękawiczki, czapeczka pod kask i jedziemy. A swoją drogą, muszę w końcu przeczytać, co Wojtek napisał o ubieraniu się na zimowe rowerowanie. Obstawiam, że coś ciekawego :)

Postanowiłem jechać ścieżkami rowerowymi, chociaż obawiałem się, że nie jest to chyba najlepszy pomysł. M.in. dlatego, że profesjonalnie odśnieżone warszawskie ścieżki rowerowe i moje profesjonalne opony zimowe stanowią raczej kiepskie połączenie (na pierwszym zdjęciu, tam gdzie znak, znajduje się gdzieś pod warstwą śniegu magiczna czerwona kostka brukowa):



Ubity (chociaż w sumie może lepiej, że ubity) śnieg urozmaicony tysiącami małych muld, do tego sztywny widelec w Authorze i zestaw ten szybko dał się we znaki moim nadgarstkom. Właściwie jedyną i dość marną amortyzacją była opona napompowana dziś celowo mniej do 3,5 bar. Byłem jednak w stanie utrzymać prędkość w okolicach 20 - 25 km/h i im dalej, tym pewniej się czułem. Gładka opona (oczywiście tylko wrodzona skromność każe mi tak napisać, bo to z pewnością kwestia mojego diamentowego skilla!!!) nawet dawała radę i z radością stwierdzam, że bilans upadków w dniu dzisiejszym wyniósł 0. Frajdę z jazdy próbowały czasem popsuć buty ślizgające się na pedałach, ale nie - nie udało im się. Zdecydowanie bardziej wolę być wpięty. Ale mniejsza z tym.

Do celu dotarłem w jednym kawałku i z uśmiechem na ustach. Było dziś -8°C, a tak naprawdę wcale tego nie odczułem. Było mi ciepło i właściwie tylko na początku twarz mi trochę zmarzła. Potem było już jak najbardziej ok. Posiedziałem chwilę u rodziców i ruszyłem w drogę powrotną.

Tym razem również większość trasy przejechałem ośnieżonymi ścieżkami, jednak pod koniec wskoczyłem na trochę na asfalt. Prędkość automatycznie wzrosła, ale zmalało trochę zadowolenie z jazdy, otóż tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że będę musiał przyjrzeć się bliżej ustawieniu siodełka w Authorze, bo zdecydowanie jest z tym coś nie tak. W sumie nie ma się czemu dziwić - przy zmianie siodełka po prostu je przykręciłem. Teraz znowu czuję kolana, niestety. Nie wiem, czy nie będę musiał wrócić do sztycy z offsetem, bo wydaje mi się, że siodełko jest za bardzo z przodu, a i tak jest już przykręcone prawie przy zgięciach prętów. Trzeba będzie pomyśleć przy okazji. Jest w ogóle jeszcze kilka innych kwestii technicznych w przypadku Authora, ale może zostawię to na jakiś inny wpis. Na razie tylko pamiątkowe zdjęcie z zimowym krajobrazem - takie tam ze śniegiem. Dla spostrzegawczych - tak, lampka jest przymocowana w poprzek :) Obróciła się na nierównościach, skubana.


Wracając, praktycznie pod samym domem spotkałem moją M, która akurat wracała ze swojego spotkania. A że co dwie głowy to nie jedna i co cztery ręce to nie dwie, zostałem uwieczniony w moim mało wyjściowym zimowym zestawie, w którym to wyglądam na -naście kg więcej (chociaż podobno to nie szata zdobi człowieka ;)):


Na zakończenie, chciałbym wyrazić jedyną słuszną tezę, iż nic nie zastąpi jazdy na żywo. Nawet, jeśli jest krótka (a zaliczyłem dziś porażające 20 km!) to dobrze, jeśli jest w ogóle. Humor od razu lepszy :)

5 komentarzy:

  1. 20 km po śniegu przy -8 stopniach to już nie byle co :) Fajnie, że udało Ci się znaleźć czas na jazdkę! Tak trzymaj :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moje gratulacje! Też mam ochotę zrobić ze 20 kilometrów ale moje palce zamarzają już po trzech... Mnie w zimie największą frajdę sprawia "wygłupianie się" rowerem czyli ślizganie tylnym kołem przy każdej możliwej okazji, a przy tym, uczę się lepiej panować nad swoją maszynką...

    P.S. nie zapomnij umyć i nasmarować roweru po tej wycieczce, bo pcha się wszędzie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki! :)

    @nikt:

    Tak, coś w tym jest :) Chociaż teraz starałem się "trzymać pion", to w jeździe w zimie/po śniegu jest właśnie coś takiego "swobodnego" ;) Nie liczy się prędkość, kilometry, średnie i inne cyferki, ale czysta radocha z jazdy :) A rowerek na szczęście poważniejszego czyszczenia nie wymagał - m.in. dlatego napisałem, że lepiej, że śnieg był ubity, bo skończyło się praktycznie na wodzie na oponach :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wszystkiego najlepszego na Boże Narodzenie i Nowy Rok 2013! Wszystkiego rowerowego!
    Najbardziej życzę Ci zdrowia. Dla rodziny tez oczywiście i Twoich czytelników.
    Popieram zdrowy tryb życia, fantazję itp.
    Dziś już śniegu nie ma. Odwilż.
    Życzenia też złożyłem u mnie na blogu.
    Serdecznie zapraszam!
    Vojtek z Żoliborza

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki Vojtku! Pogoda faktycznie już zupełnie inna... Dawno nie wpadałem na Twojego bloga, czasu ostatnio brakuje na wszystko. Może w 2013 roku będzie go więcej? Oby ;)

    OdpowiedzUsuń