05 października 2014

Szosa 04-10-2014 (152,57 km)

Wczoraj mogłem sobie pozwolić na trochę więcej kilometrów niż zwykle. Po zeszłotygodniowej wizycie w Górze Kalwarii, tym razem postanowiłem zaliczyć pętlę wokół Kampinoskiego Parku Narodowego.

Pogoda (co dziwne - zgodna z prognozami pogodowych szamanów) naprawdę dopisała. Jak wyjeżdżałem parę minut po 9, było 13°C, więc jak na październik bardzo przyjemnie. Upału może nie było, ale tak naprawdę cały czas pięknie świeciło słońce, dzięki czemu jechało się naprawdę dobrze.

W planach był dojazd do Sochaczewa znanymi i lubianymi asfaltami prowadzącymi równolegle do DW580, a więc przez Wieruchów, Umiastów, Pilaszków, Leszno, Gawartową Wolę i Zawady. Ruch minimalny, nawierzchnia świetna (no, może poza Pogroszewem/Pilaszkowem...), a do tego wiatr w plecy. Nic, tylko cisnąć! ;)


Droga od Łazów do Sochaczewa (DW580) również minęła mi bardzo przyjemnie. W Sochaczewie odbiłem na północ na DW705 i tak naprawdę od tego momentu (a więc od mniej więcej 50. kilometra) już do końca trasy musiałem zmagać się z wiatrem. No ale nie ma, że boli :) Poza kilkoma fragmentami bliżej Sochaczewa, DW705 jechało mi się całkiem nieźle i - o ile dobrze pamiętam - im bliżej Śladowa, tym nawierzchnia była lepsza:


Ponieważ wszystko co dobre, szybko się kończy, tak też było z równiutkim asfaltem... Z DW705 skręciłem w prawo na DW575. Licznik pokazał akurat iście szatańskie 66,6 km, więc coś musiało się wydarzyć... ;) Wydarzyło się - zaczęło się piekiełko w postaci wiatru centralnie w twarz i nawierzchni, której jakość pozostawiała niestety sporo do życzenia:


Słowem: bolało. Pytałem wcześniej o ten fragment prawdziwego Pożeracza Kilometrów :) tj. pana Darka, który ostrzegł mnie przed tym odcinkiem, ale jadąc szosówką nie miałem zbyt dużego wyboru. Dziura na dziurze (jak się ostatnio dowiedziałem w jednym z komentarzy, w nawierzchni nie ma dziur, tylko wykruszenia :)), wytrzepało mnie nieziemsko, ale jakoś przeżyłem i po przejechaniu 8 kilometrów, w Secyminie odbiłem na południe, żeby w Nowinach skierować się znowu na wschód. Droga była już lepsza, chociaż wciąż wiało w twarz. Jak by nie było, to już tylko 50% utrudnień ;) Nogi czuły już trochę przejechane kilometry, a przede mną była jeszcze mniej więcej połowa dystansu. Sił jednak wciąż nie brakowało i chociaż nie jechało się już tak przyjemnie jak do Sochaczewa to nie było tragedii.

Z DW575 odbiłem w Cybulicach Małych na DW899 i znowu trafiłem na drogę jak po nalocie. Na szczęście jednak ten odcinek był znacznie krótszy niż na DW575 i przejechałem go bez większego uszczerbku na zdrowiu i psychice ;)

Odtąd jechałem już znowu znanymi asfaltami, tj. DW579. Przyjemna droga i chociaż ruch na niej nie jest już taki mały, to jedzie się naprawdę fajnie. Na tej też drodze spotkała mnie niespodzianka w postaci wspomnianego wcześniej pana Darka, który jechał akurat w przeciwnym kierunku :) Zatrzymaliśmy się i porozmawialiśmy sobie trochę o sprzęcie, trasach i innych rowerowych pierdołach. Nie mogło się oczywiście obejść bez wspólnego zdjęcia (to teraz podobno modne ;)):


Spotkanie nie dość, że niespodziewane, to jeszcze supersympatyczne :) Czas jednak trochę gonił, a kilometrów jeszcze kilka do domu zostało, więc trzeba było ruszać dalej. Odbiłem na Krogulec i standardową traską przez Wiersze i Janówek dotarłem do Czosnowa. Tam krótki postój w sklepie żeby uzupełnić zapasy i dalej już Rolniczą w stronę Warszawy. Ponieważ czułem już trochę te ok. 120 kilometrów, obawiałem się troszkę przejazdu ul. Trenów/Estrady, gdzie droga nieco się wznosi. Chociaż nogi były zmęczone, to ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu ciągle fajnie pracowały i udawało mi się utrzymywać jakkolwiek sensowną prędkość. Nawet jadąc pod Wiślaną udało mi się zachować te skromne 30 km/h. Przypomniałem sobie jak w maju wpadło mi tam 45 km/h, ale to było przy okazji jazdy w grupie i na prawie dwa razy krótszym dystansie ;) Po drodze zahaczyłem jeszcze o Stare Babice i stamtąd pojechałem już w stronę domu.

Muszę przyznać, że jestem zadowolony z tego wypadu. Oczywiście dałoby się tę trasę przejechać szybciej. Dla niektórych nie jest to zapewne jakiś wielki wyczyn, ale biorąc pod uwagę to, że ostatnio miałem okazję jeździć średnio raz w tygodniu i to na krótszych dystansach, 5h 20' jest dla mnie całkiem fajnym wynikiem. Zawsze można zwalić winę na wiatr w twarz, co nie...? ;)

1 komentarz:

  1. Ja też się cieszę z naszego spotkania. Pozdrawiam ciepło...

    OdpowiedzUsuń