04 kwietnia 2013

Treblinka - rowerowa droga przez mękę

Patrząc za okno można bez wahania stwierdzić, że tegoroczna wiosna to jak dotąd jakiś nieudany żart. Temperatury w okolicach zera i zamiecie śnieżne to nie do końca to, czego chciałoby się na początku kwietnia... Aby jednak podtrzymać rowerowego ducha i nie być gołosłownym, czas na opowiastkę z zamierzchłej przeszłości, a dokładniej z roku 2005.

Tamtego roku, część wakacji spędzałem na działce niedaleko Kamieńczyka, a skoro były to wakacje na działce, to był też rower. Zastanawiałem się właśnie nad celem kolejnej wycieczki i w mojej głowie pojawiła się Treblinka - Muzeum Walki i Męczeństwa na terenie dawnego niemieckiego obozu pracy i zagłady (strona Muzeum oraz informacje na Wikipedii) z czasów II wojny światowej. Nie nastawiałem się na zwiedzanie - w Treblince byliśmy bodajże rok czy dwa lata wcześniej - bardziej chodziło mi o konkretny cel wyjazdu.

Planowałem pojechać przez Łochów i - aby nieco wydłużyć trasę - przez Brok i Małkinię Górną. Nieco krótsza trasa, którą jechaliśmy wcześniej samochodem, zakładała odbicie kawałek za Sadownem i prowadziła przez Prostyń.

Jak się potem okazało - pierwszym problemem okazało się błędne oszacowanie odległości na mapie. Google Maps chyba dopiero powstawało, a i z Internetu nie korzystałem na działce, więc pozostawały mapy papierowe. Ta, z której wówczas korzystałem nie posiadała chyba podanych orientacyjnych odległości między wybranymi punktami, a ja - kojarząc mniej więcej jazdę samochodem - nie nastawiałem się też na jakiś ogromny dystans, więc z góry założyłem, że dam radę. Obstawiałem łącznie ok. 60, 70 km. Niestety nieco przesadziłem i to w tą gorszą stronę, ale o tym za chwilę :) W związku z odległością mniejszą niż 100 km, nie przygotowywałem się jakoś wyjątkowo. Coś tam (to chyba dobre określenie...) zjadłem, przebrałem się, spakowałem plecak i wyruszyłem ok. 10.

Droga w tamtą stronę mijała właściwie bez problemu. Pogoda była świetna, chmur na niebie praktycznie nie było, świeciło słońce i było ciepło. Słowem - było tak, jak już teraz mogłoby być ;) Przejechałem most na Bugu i w Broku odbiłem w prawo. Pamiętam, że asfalt był równiutki i jechało się bardzo przyjemnie. Może wrócę tam kiedyś na szosie? Powoli jednak coś zaczynało mi się nie podobać. Dojechałem do Klukowa (lub też minąłem drogowskaz kierujący do niego - nie pamiętam dokładnie). Nie zgadzało się to z zaplanowaną przeze mnie trasą - nie było takiej miejscowości po drodze, a Klukowo znajdowało się na mojej mapie ładne kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt kilometrów za Małkinią Górną. Spojrzałem na licznik i zobaczyłem na nim 50 km. Ucieszyłem się, że po powrocie będzie przynajmniej stówka, a z drugiej strony planowany dystans całkowity miał być nieco inny... Postanowiłem cofnąć się kawałek w stronę Broku i przyjrzeć się dokładniej znakom - może po drodze coś przeoczyłem? Nie pasowało mi to, bo droga - o ile dobrze pamiętam - była prosta jak drut. Przed Brokiem zawróciłem z powrotem w stronę Małkini, będąc już nieźle zamotanym. Dojechałem w to samo miejsce i byłem zmuszony dać za wygraną. Na horyzoncie nie widziałem żadnych ludzi, których mógłbym spytać o drogę. Jednak dałem za wygraną tylko częściowo - ponieważ nie lubię się poddawać, postanowiłem dojechać do celu, ale wspominaną wcześniej, krótszą drogą - przez Prostyń. Udałem się w drogę powrotną i pomyślałem, że może dobrze byłoby coś zjeść, skoro został jeszcze spory kawałek do przejechania. Przed Brokiem był niewielki sklep spożywczy, w którym postanowiłem się zatrzymać. Miałem ze sobą chyba tylko jakieś 10 zł, więc kupiłem Snickersa i jakieś ciastka. Brawo, o ile Snickers jeszcze jakoś ujdzie, to ciastka są jednym z najlepszych źródeł energii podczas jazdy rowerem... Mogę sobie tylko pogratulować :) No ale cóż - człowiek był młody i głupi. Po wyjściu ze sklepu pojawił się kolejny problem. Zauważyłem, że nie mam powietrza w przednim kole. Rewelacja. To były jednak na szczęście jeszcze te czasy, kiedy woziłem ze sobą łatki, pompkę i pozostałe awaryjne graty. Przydały się. Operacja przebiegła całkiem sprawnie i po kilku chwilach w przednim kole znów zawitało powietrze:


Ruszyłem dalej. Po drodze zatrzymałem się jeszcze, żeby wrzucić trochę wspomnianych wcześniej ciastek do brzucha, a następnie odbiłem z drogi nr 50 na Sadoleś. Zmęczenie zaczynało dawać się we znaki. Niedobrze. Wszystko wskazywało jednak na to, że uda mi się dojechać do Treblinki, więc postanowiłem osiągnąć cel. Na liczniku było coraz więcej pozaplanowych kilometrów. Po pewnym czasie dojechałem jednak na miejsce (nie jestem pewien, czy pierwszego zdjęcia nie zrobiłem gdzieś wcześniej, w okolicy przejazdu kolejowego):



Cel osiągnięty. Odtąd było już tylko gorzej. Nogi były już naprawdę zmęczone, brzuch coraz bardziej pusty, a czekało mnie jeszcze jakieś 40 czy 50 km pedałowania. Mało pocieszająca perspektywa, ale co zrobić? Jakoś trzeba przecież wrócić. Z każdym kilometrem miałem coraz bardziej dość. Jechałem coraz wolniej. Pedałowałem już chyba tylko głową, a nie nogami. Przed Łochowem snułem się (bo jechałem to chyba zbyt wygórowane określenie :)) z zawrotną prędkością ok. 7 km/h. Na chwilę usiadłem w przydrożnym rowie. Na samą myśl o tym, ile jeszcze muszę przejechać robiło mi się słabo. Nie było nawet za bardzo po kogo zadzwonić, bo tata akurat musiał wtedy zostać w Warszawie. Zresztą chciałem dojechać do końca sam. Zmusiłem się, żeby wsiąść z powrotem na rower i powolutku, bardzo powolutku zbliżałem się do domu. Miałem przy sobie jeszcze niecałe 2 zł, a po drodze była stacja benzynowa w Łochowie. Pomyślałem, że muszę cokolwiek zjeść żeby dotrzeć w jednym kawałku. Ponieważ 2 zł nie są kwotą pozwalającą zrobić na stacji benzynowej pokaźne zakupy, kupiłem chyba najtańszego loda, jaki był i na jakiego było mnie stać. Do jakiegoś magicznego żelu energetycznego było mu raczej daleko, ale zawsze to odrobina cukru i cokolwiek wrzuconego do pustego już od wielu kilometrów brzucha. Potoczyłem się dalej. Będąc w Pustych Łąkach zadzwoniłem do mamy żeby podgrzała obiad. Wyobrażałem sobie już ciepłe jedzenie w brzuchu i wymyślałem kolejne rzeczy, które zjem (pożrę) zaraz po powrocie. O 19 wróciłem na działkę. Ledwo żywy usiadłem do stołu, mama po coś tam poszła do kuchni, a ja po kilku minutach po prostu usnąłem nad talerzem ze zmęczenia. Jakoś jednak zjadłem wszystko, wykąpałem się i poszedłem od razu spać. Licznik wskazywał niecałe 160 km. Normalnie, pewnie dokręcił bym sobie dla świętego spokoju te 800 m, ale ta wycieczka z pewnością nie należała do normalnych ;) Dojeżdżając na działkę, bolał mnie każdy przejechany metr, więc wspomniane 800 m postanowiłem sobie odrobić przy innej okazji...


Podejrzewałem, że usnę kamiennym snem do rana, albo wręcz do południa. Zdziwiłem się bardzo, kiedy obudziłem się ok. 22 i czułem się całkiem wypoczęty. Postanowiłem jednak dać sobie jeszcze trochę czasu i usnąłem z powrotem. Następnego dnia znowu poszedłem na rower. Tym razem jednak na nieco krócej... :)



Bez wątpliwości, był to mój najbardziej męczący wyjazd. Zapewne skończyłby się dla mnie nieco lepiej gdybym był do niego odpowiednio przygotowany (przede wszystkim gdybym zjadł coś więcej niż normalne śniadanie...) i nie miał problemów z mapą. Jak się nieco później okazało, w okolicy Małkini znajdują się 2 miejscowości o nazwie Klukowo - jedna z nich kilka kilometrów przed Małkinią (do której to dojechałem), druga zaś ok. 50 km dalej na północny wschód - tą widziałem na mapie i wziąłem za tą, do której faktycznie dotarłem. Jak by nie było, dokładna mapa i trochę więcej mózgu to podstawa... ;)

5 komentarzy:

  1. Szacun za wycieczkę! Już wiem skąd masz takie nogi na tej fotce - http://pawelkepien.blogspot.com/2013/03/accent-draco.html

    OdpowiedzUsuń
  2. Haha, piękna opowieść :) Wielki szacunek za tak długi wyjazd niemal bez przygotowania!

    Przypomina mi się moja próba dojazdu z Poznania do Szczecina. Na jednej z dróg pomyliłem zjazdy z dużego skrzyżowania, o czym zorientowałem się po... 40 km, a na planowaną trasę wróciłem dopiero po kolejnych 30 :) Efekt był taki, że założony dystans pokonałem, ale... skończyłem jazdę 70 km od Szczecina, i to w ulewie godnej Apokalipsy :)

    Raz jeszcze gratuluję. Jak znam życie, dziś wspominasz ten wyjazd z uśmiechem - a przynajmniej taką mam nadzieję! :)


    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. @Fizik:

    Dzięki! Tak, to mniej więcej te same czasy i nogi same jakoś tak wtedy urosły... ;)


    @KochamRowery:

    Bardzo dziękuję, jest dokładnie tak jak piszesz - wtedy prawie że padłem, a teraz bardzo miło wspominam ten wyjazd. Tak to już chyba jest, że często lepiej wspomina się gorsze chwile. Chociaż może też dlatego, że wszystko dobrze się skończyło? Tak czy inaczej - cieszę się, że się nie poddałem, bo jest teraz co wspominać :)

    Hoho, z Poznania do Szczecina to już bardziej pokaźny dystans. Ile zajęła Ci całość włączając 70 gratisowych kilometrów? ;) Ulewa na pewno dodała smaczku - fajnie się wspomina takie historie z perspektywy czasu. M.in. właśnie dlatego jazda na rowerze jest piękna :)

    Również gratuluję i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wyjazdem nie ma co się chwalić - był doskonałym przykładem, jak NIE organizować takich wypadów :D Cóż zrobić, czasami trzeba się nauczyć na błędach ;)

    Łącznie na przejazd poświęciłem jakieś 10, może 11 godzin, wliczając w to pytanie o drogę, postoje na posiłki itd. Szału nie ma, ale biorąc pod uwagę, że w słońcu było momentami 37 stopni, a ja absolutnie nie uważam siebie za zawodnika, nie było chyba tak źle. Daleeeko mi jednak do Ciebie, bo ja na całej trasie miałem luksus w postaci bananów i ciasteczek w kieszonce ;)

    Tak czy inaczej, mój mózg wyparł najwidoczniej złe wspomnienia, bo dość szybko stwierdziłem, że było świetnie!


    Pozdrawiam i do napisania!

    OdpowiedzUsuń
  5. No to tym razem szacuneczek z mojej strony! :) Nie lubię upałów i 37 stopni to zdecydowanie temperatura nie dla mnie. No ale pogody się nie wybiera ;) Banany bananami, ale tylko i wyłącznie jedzeniem człowiek nie pojedzie, więc jeszcze raz gratulacje ;)

    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń