09 maja 2013

Szosa 09-05-2013 (30,70 km)

Tego nie planowałem, ale wyszło genialnie! Korzystając z ładnej pogody przed zapowiadanymi od jutra deszczami, po powrocie z pracy poszliśmy z żoną pobiegać (to już nieco inny temat, ale przyznaję, że całkiem fajny :)). Było super, aczkolwiek po powrocie czułem lekki niedosyt i mnie - jak to się mówi - nosiło. W tym miejscu chciałbym podziękować i złożyć hołd mojej M - sama zasugerowała żebym poszedł na rower! JESTEŚ KOCHANA! :D Na dodatek zostałem jeszcze nakarmiony przed wyjściem. Ale mi dobrze, co nie? ;) Szybko ubrałem się w ciuchy świeżo wyprane po wczorajszej jeździe i zebrałem się do wyjścia. Dodatkową korzyścią z rowerowania o tej porze był fakt, że w końcu mogłem skorzystać z nowych lampek - Sigma Micro, które dostałem już jakiś czas temu, bo na Boże Narodzenie. Dotychczas albo nie jeździłem wcale albo jeździłem w dzień... Zresztą ile tej jazdy było można zobaczyć po porażającej ilości szosowych wpisów na blogu. Zdjęcia nie powalają, bo sprzęt i oświetlenie (tak, tylną musiałem doświetlić, bo było zbyt ciemno - zdjęcie nie przedstawia tego, jak sama świeci ;)) niekoniecznie nadawało się do zrobienia jakichś pięknych ujęć, ale lepszy rydz niż nic:



Jedna jazda to zbyt mało nawet jak na jakąś pseudorecenzję, ale pierwsze wrażenie jest zdecydowanie pozytywne. Pewne mocowanie na gumki, łatwe włączanie/wyłączanie, obudowa ładnie spasowana. Ale o lampkach może napiszę więcej innym razem. Na pewno jednak czułem się widoczny na drodze, a wyruszyłem o 20:30, kiedy zaczynało się już solidniej ściemniać (jak to dobrze, że słońce nie zachodzi już przed 16!).

W planach była mniej więcej godzinka jazdy i ogień od początku do końca ;) Właściwie się udało. Po wczorajszych zabiegach napęd wciąż ślicznie pracował, nogi też sprawowały się całkiem nieźle i mimo przejściowych skurczów w obu łydkach cyferki na liczniku cieszyły. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to trzecia jazda po kolejnej miesięcznej przerwie. Może jeszcze wyjdę na prostą? Nadzieja matką głupich ;)

Tak jak cieszyłem się z nowiutkich lampek, tak kompletnie nie jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy jadą ulicą bez żadnego (dosłownie) oświetlenia, odblasków czy czegokolwiek zwiększającego (albo raczej zapewniającego w ogóle) ich widoczność. A co jak co, ale takich Batmanów minąłem po drodze co najmniej kilku. Nie wspominając o prawdziwym tłumie studentów zgromadzonych w okoliach WATu z okazji Juwenaliów. Ciekawym zjawiskiem była kolejka ok. 50 osób przed sklepem monopolowym ;)

Pojechałem Radiową i Sikorskiego na Stare Babice, Lipków i wróciłem podobnie. Ok. 21 było już zupełnie ciemno i cieszyłem się, że jako-tako znam te asfalty, bo zdarzały się momenty (czasem nieco dłuższe momenty... ;)), że przed kołami i wszędzie naokoło było całkowicie czarno. Szczęśliwie (i szczęśliwy) dotarłem do domu i muszę przyznać, że chociaż dystans był króciutki to było super. Powiedzmy, że tym razem bardziej liczyła się jakość, a nie ilość ;)

2 komentarze:

  1. Lampki są OK . Sam posiadam i zachwalałem.

    Ja po ciemku staram się nie wyjeżdżać, bo boję się o koła i o siebie a kraterów nie brakuje. Chociaż jak dobrze rozłożyć trasę to się pojedzie po równym. Ale np. Radiowa fragmenty w lesie w ogóle nieoświetlone.

    Sam czekam aż się zacznie robić ciemno jeszcze później, tak, żeby móc wyjeżdżać koło 19, bo od 16-19 kierowcy dają się we znaki i mam na prawdę tego dość.

    Co do żony to fajnie, że nie ma spięć o rower :)
    U mnie już parę razy się zdarzyło, w tym sezonie, ale jeżdżę co 2 dzień w okolicach 2 godzin. Będę musiał troszkę przystopować, ale póki jest pogoda chcę wykorzystać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejny raz spóźniam się z odpowiedzią - sorry ;) Już nadrabiam...

      Pamiętam oczywiście pozytywną opinię o lampkach i jak na razie w pełni się z nią zgadzam :)

      Jazda po ciemku to faktycznie nie do końca idealne rozwiązanie, ale po prostu staram się jakkolwiek zwiększyć częstotliwość rowerowania... Po nieznanych drogach praktycznie na pewno nie skusiłbym się jechać, bo - jak napisałeś - zdarzają się fragmenty kompletnie czarne, gdzie nie widać zupełnie nic (jeśli mówimy o w miarę bezpiecznej jeździe szosą). Staram się jechać po znanych trasach gdzie wiem, że nie czyhają na mnie losowo rozrzucone po asfalcie dziury (chociaż Twoje określenie "kratery" jest w wielu przypadkach zdecydowanie bardziej odpowiednie...). Często pomagają światła samochodu jadącego z tyłu. Nie jestem jednak pewien, czy na pewno o to chodzi, a i nie zawsze trafi się jakiś samochód... Teraz jest już kompletnie ciemno o 21. Ostatnio wyjechałem o 20:30, dziś o 20:00 i starałem się tak rozplanować trasę żeby później jechać już tylko oświetlonymi drogami.

      Żona wie, że jestem nieco rowerowo spaczony i próbuje (chociaż nie wiem czy już sobie nie odpuściła :D) to zrozumieć, chociaż staram się nie przeginać ;) Nie samym rowerem człowiek żyje, aczkolwiek jest to na pewno miłe urozmaicenie... ;)

      Pozdrawiam!

      Usuń