Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stare babice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stare babice. Pokaż wszystkie posty

18 kwietnia 2015

Szosa 18-04-2015 (81,28 km)

Dzisiejsza jazda stała pod znakiem zapytania. A właściwie pod dwoma znakami zapytania. Pierwszego byłem świadomy od kilku dni - ICM pokazywał, że dziś od ok. 11 ma solidnie padać. Drugi znak zapytania pojawił się zaś dopiero dziś rano. Ubiegły tydzień był dość męczący, przez co w piątkowy wieczór, po nastawieniu prania (m.in. rowerowych ciuchów) chciałem się chwilę zdrzemnąć. Padliśmy z żoną na kanapie i... obudziliśmy się dopiero dziś rano :) Obudziłem się tak naprawdę nieco przypadkiem, bo niestety nie nastawiłem budzika. Była 6:45. Mokre ciuchy przeleżały w pralce całą noc :) Czym prędzej wrzuciłem je na grzejnik, chociaż tak naprawdę ciągle nie byłem przekonany żeby jechać. Grupa ze Starych Babic rusza o 9, a ja po wyjęciu prania jeszcze na chwilę padłem, wskutek czego wstałem dopiero ok. 8. Ciągle nie byłem zdecydowany żeby jechać, ale pomyślałem, że skoro jeszcze nie pada, a już wstałem to warto zaryzykować. Czym prędzej wziąłem się za ładowanie akumulatorów w kuchni żeby mieć na czym jechać. Szybko przesuwające się ciemne chmury za oknem ciągle straszyły, ale starałem się być optymistą ;) No i ruszyłem.

Od razu dał o sobie znać silny wiatr. Skutecznie obniżał temperaturę, którą pokazywał termometr - 10°C. Obstawiałem, że jeśli pod starobabickim kościołem stawią się tamtejsi killerzy to z uwagi na tempo i siłę wiatru mogę długo nie pożyć. Dojechałem do Babic punktualnie. Było nas pięciu, więc frekwencja nie za wysoka. Pozostali może skusili się na Tour de Warsaw (przy dzisiejszych warunkach naprawdę współczuję) albo zniechęcili się prognozami. Oprócz mnie był Mirek, Trochan i jeszcze dwóch Kolegów (i znowu dziś miałem problem z imionami - Łukasz i Staszek?).

Pojechaliśmy w kierunku Leszna. Wiało naprawdę mocno. Na premii w Wólce nikt nie skoczył. Przez chwilę zastanawiałem się czy nie przycisnąć mocniej, ale stwierdziłem, że lepie zostawić siły na późniejszą walkę z wiatrem. Jechaliśmy na zmianach w miarę stałym tempem. Za Zaborowem odbiliśmy w lewo na Witki. Trochan dał ładną zmianę pod 50 km/h. Dojechaliśmy do zakrętów. Z przodu był akurat Mirek, który dzielnie cisnął pod wiatr ok. 35 km/h. Byłem zaraz za nim, ale na chwilę puściłem koło i dostałem od razu taki podmuch w twarz, że momentalnie zwolniłem. Jakbym przywalił w ścianę... :) Koledzy doszli do Mirka i trochę uspokoiliśmy tempo. Pojechaliśmy dalej przez Radzików, Białuty, Wawrzyszew, Rochaliki i Walentów.


Na otwartych przestrzeniach wiało naprawdę mocno i przez sporą część trasy jechaliśmy wachlarzem, ustawiając się zależnie od kierunku wiatru. Trzymaliśmy 30 - 35 km/h, bo więcej było po prostu utrzymać wyjątkowo ciężko, a trzeba było jeszcze jakoś wrócić. Na szczęście nikt nie miał dziś parcia na bicie rekordów prędkości ;)

Kawałek przed Lesznem zaczęło kropić, po czym deszczyk przeszedł w grad. Wesoło. Trochę nas obsypało, ale na szczęście po chwili grad odpuścił i do końca jazdy nic już z nieba nie spadło.

W Lesznie Trochan odbił do siebie w kierunku Łomianek, my we czterech skręciliśmy w lewo w stronę drogi na Białutki. Wiatr przeszkadzał już teraz nieco mniej. Po drodze nawet dało się jakoś porozmawiać.


Przejechaliśmy standardowo przez Pilaszków, Pogroszew i Strzykuły. W Wieruchowie Kolega na bullsie pojechał prosto, a my odbiliśmy w lewo na Stare Babice. Z kolei na rondzie na DW580 ja z Mirkiem pojechaliśmy prosto, a ostatni Kolega odbił w lewo ;)

Pogadaliśmy jeszcze jadąc sobie rozjazdowym tempem. Na skrzyżowaniu Kocjana i Lazurowej odbiliśmy w lewo w stronę WATu. Jechałem za Mirkiem, kiedy zdarzyła się mało przyjemna sytuacja... Przejeżdżając przez tory tramwajowe, które w tym miejscu przecinają ulicę pod kątem, przednie koło roweru Mirka utknęło w nich i zaliczył on groźnie wyglądający upadek na pobocze, które w tym miejscu jest wyjątkowo nieprzyjemne (ubity piach i wystające z niego kamienie). Nie zdążyłem do końca wyhamować i przejechałem po przednim kole - leżącego już - mirkowego roweru. Udało mi się jednak jakoś utrzymać i czym prędzej podjechałem do Mirka. Spytałem czy wszystko gra i poprosiłem żeby usiadł albo się położył. Zabrałem jego rower z drogi, jakaś pani zapytała z samochodu czy może pomóc. Na szczęście nie było potrzeby. Skończyło się na otarciach, podartych spodenkach (nowych...) i pękniętym kasku. Całe szczęście, że go miał. Wiadomo, szkoda sprzętu, ale najważniejsze, że skończyło się takich stratach. Wygląda na to, że nowe ciuchy mają magiczną moc powodowania upadków... W grudniu sam zaliczyłem glebę jadąc w mało dotychczas używanym stroju ;) Wystarczy chwila nieuwagi... Przejechaliśmy dziś z Mirkiem całą trasę, wiało jak nie wiem co, niejednokrotnie dyktował naprawdę niezłe tempo, po czym pech dopadł go praktycznie na sam koniec. Dzielnie się jednak pozbierał i zaczęliśmy spokojnie jechać dalej. Upewniłem się, że da radę dojechać do domu i rozdzieliliśmy się na rondzie na Radiowej.

Pomimo tej mało fajnej przygody na koniec udało się dziś zaliczyć naprawdę fajny, choć wietrzny, trening. Obyło się bez skurczów jak w ostatnią sobotę ;) a i mam wrażenie, że czwartkowa jazda też trochę mi dała. Super, że nie padało tak jak według prognoz miało padać. Jeżeli zostałbym w domu, pewnie bardzo bym żałował straconej pogody. Dożyłem dziś do końca, więc wypad można uznać za udany ;)

12 kwietnia 2015

Szosa 11-04-2015 (105,20 km)

Wygląda na to, że wiosna wreszcie wzięła sprawy w swoje ręce i zdecydowała się zawitać na dłużej. A przynajmniej taką mam nadzieję. Wczorajsza pogoda była naprawdę świetna - piękne słoneczko i niecałe 20°C. Trąbili o tym w ubiegłotygodniowych prognozach, dlatego tym bardziej niecierpliwie czekałem na sobotnią starobabicką ustawkę.

Jadąc Hubala-Dobrzańskiego do Starych Babic spotkałem Jacka. Pogadaliśmy chwilę i razem dojechaliśmy na miejsce zbiórki. Po cichu liczyłem na wysoką frekwencję i nie zawiodłem się - było ok. 15 osób. Nie wszystkich kojarzyłem, dlatego jeżeli przy kolejnej okazji pomylę czyjeś imię - z góry przepraszam ;) Część planowała pojechać dłuższą trasę dookoła Kampinosu, część obstawiała coś bliżej 100 km. Ponieważ byłem troszkę ograniczony czasowo, zakładałem że pojadę krótszy wariant. Można powiedzieć, że jednocześnie mi się udało i nie udało - szczegóły za chwilę ;)

Ruszyliśmy spokojnym tempem przez Lipków i Koczargi Stare, po czym z Traktu Królewskiego odbiliśmy na Mariew.




Na premii między Wólką a Wiktorowem parę osób skoczyło do przodu (m.in. Witek, który wcześniej deklarował równe tempo - od początku wyczuwałem podstęp! ;)). W Wiktorowie skręciliśmy w ul. Leśną - wcześniej nią nie jechałem, a to bardzo przyjemna alternatywa (zamiast DW580) dojazdu do Zaborowa.

Na zjeździe i podjeździe koło stawów byłem akurat na zmianie z Piotrkiem (mam nadzieję, że nie pomyliłem imienia... :)). Podkręciliśmy do 40 km/h, jednak na wypłaszczeniu trochę opadłem z sił i musiałem wskoczyć mu na koło. Generalnie rzecz biorąc, często i gęsto wiało dziś w twarz, co miałem okazję poczuć jeszcze bardziej na dalszych kilometrach.

W Zaborówku skręciliśmy na Wąsy. Podjechałem do przodu i zrobiłem chłopakom zdjęcie - jak się po chwili okazało - ostatnie grupowe tego dnia:


Zjeżdżając na tył grupy zostałem zaatakowany. Nie przez kogoś z grupy, nie przez jakiegoś dzikiego zwierza z okolicznych pól, ale przez Skurcz. Tak, Skurcz przez wielkie S ;) Dawno mnie taki mocny skubaniec nie złapał. A dokładniej mojej prawej łydki. No i cóż... Nie jestem jeszcze (jeszcze! ;)) w stanie gonić jedną nogą grupy jadącej pod wiatr ok. 35 km/h. Starałem się cisnąć ile się da byle nie odpaść, bo wiedziałem, że wtedy już będzie pozamiatane, ale siłą rzeczy zacząłem w końcu zostawać z tyłu. Kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt metrów... Grupa coraz szybciej się oddalała, a poza skurczem, musiałem teraz jeszcze walczyć samotnie z wiatrem. Peszek. Nie ma to jak odpaść przez skurcz po 30 km... Nie zdążyłem się nawet pożegnać ;)

Jazda w grupie się skończyła, ale wciąż przecież mogłem jechać dalej. Skurcz w końcu odpuścił i trochę sił wróciło. Na zakrętach widziałem jeszcze w oddali grupę jadącą już po prostej. Skierowałem się na Leszno żeby polecieć dalej w kierunku Czosnowa. Za Białutkami spotkałem kolegę (wydaje mi się, że jechał z nami), który dłubał na poboczu w rowerze. Zapytałem czy jakoś pomóc, ale powiedział, że musi sobie tylko coś podregulować i życzył miłej jazdy ;)

Wiatr. Przez to dziadostwo dalsza jazda nie była niestety wyjątkowo miła. Tak naprawdę, w plecy wiało tylko na DW579 kiedy jechałem na północ. Na wszystkich pozostałych odcinkach miałem wrażenie, że zawsze wali prosto w paszczę. Albo z boku.

Z DW579 odbiłem na pętlę przez KPN i po dojeździe do ronda w Kaliszkach nie pojechałem prosto na Czosnów, ale postanowiłem odbić w lewo i przez Augustówek dojechać z powrotem do DW579. Zawsze jechałem tym odcinkiem z przeciwnego kierunku, wyjeżdżając od strony Brzozówki. Wczoraj pomyślałem sobie, że pocisnę dalej prosto zakładając wcześniej, że ul. Wojska Polskiego łączy się bezpośrednio z DW579. Dojechałem do Sowiej Woli Folwarcznej, a tę miejscowość kojarzyłem już ze znaków przy DW579, więc przyjąłem, że moje założenie okazało się słuszne ;)



Wróciłem na DW579 i poleciałem w kierunku Czosnowa. Miałem nadzieję, że na Rolniczej wiatr będzie po mojej stronie. Oczywiście... Wiało jeszcze gorzej niż wcześniej :) Tempo solidnie spadło i dość opornie toczyłem się w kierunku domu.

Ostatecznie dotoczyłem się w jednym kawałku, ale przyznam szczerze, że czułem się jakbym przejechał 150 a nie 105 km. Strasznie mnie wczoraj ten wiatr sponiewierał. Fajnie jednak, że poza tym drobnym szczegółem pogoda była genialna. Stęskniłem się już za słońcem, a z nim zawsze jedzie się przyjemniej. Chociaż wietrzna setka wpadła, to przez wspomniany skurcz czuję jakiś niedosyt. Człowiek czeka dwa tygodnie żeby pokręcić w grupie a potem odpada po marnych 30 km. Zaiste żałosne... ;)

30 marca 2015

Szosa 28-03-2015 (80,40 km)

Ponieważ weekend był dość pracowity, a mamy już poniedziałek, najwyższy czas cofnąć się do soboty ;) W ubiegłym tygodniu po cichu liczyłem, że pomimo mało optymistycznych prognoz na weekend, deszcz jednak nie spadnie. Temperatura mogła sobie spadać, byle z nieba nie leciało żadne dziadostwo ;) Tak naprawdę, jeszcze w piątkowy wieczór nie wiedziałem czy w sobotę rano wyruszę na szosę. Standardowo, o 9 rusza ekipa ze Starych Babic i zależało mi na tym żeby się przyłączyć, bo dawno nie jeździłem w grupie. Założyłem, że w nocy z piątku na sobotę przestanie padać i usnąłem z zamiarem wstania chwilę po 7.

Założenie okazało się całkiem dobre, bo rano nie padało i wyglądało na to, że drogi są suche. Termometr pokazywał 8°C, więc temperatura też była całkiem przyzwoita. Pobudka jednak chwilę mi się opóźniła, więc zjadłem trochę za szybko (i może trochę za mało) i wyszedłem dopiero o 8:50. Zamiast na spokojnie się rozkręcić, musiałem niestety od razu przycisnąć trochę mocniej, ale jakoś udało mi się dojechać na miejsce zbiórki w te 10 minut i na szczęście nie zobaczyłem pustego placu przed kościołem ;)

Frenkwencja nie była powalająca (może prognozy zniechęciły? ;)), ale i tak było fajnie, bo razem było 5 osób: Witek, Michał, Kuba, Trochan i ja.

Pojechaliśmy przez Strzykuły na Leszno. W Wąsach odbiliśmy na Witki i tzw. zakręty. Trzymaliśmy 30 - 35 km/h. Wiało trochę w twarz z zachodu, ale na szczęście do huraganu było daleko. Dopiero w Witkach polecieliśmy chwilę z wiatrem w plecy. Później znowu kawałek pod wiatr. Tempo było tak spokojne, że Witek ze znudzenia aż usnął z przodu:


Nie nie, tempo było ok, tylko ja zrobiłem zdjęcie w złym momencie - biorę to na siebie ;) Przejechaliśmy przez Leszno i skierowaliśmy się na północ w stronę Czosnowa. Tu już było nieco mocniej i jechaliśmy 35 - 45 km/h. Na fałdach w okolicy Kępiastego/Łubca grupa nam się troszkę porwała (nie wiem czy podczas zjazdu czy podjazdu, bo byłem akurat z przodu), ale na równym się zjechaliśmy i dalej kręciliśmy już razem. W Aleksandrowie zjechaliśmy z DW579 i wiejskimi drogami polecieliśmy w kierunku Augustówka.


Poznałem przy okazji całkiem przyjemny odcinek - jeżdżąc samemu, zawsze jechałem cały czas prosto aż do ul. Wojska Polskiego. W sobotę skręcilismy w lewo w Brzozówce, skąd też dojeżdża się do Wojska Polskiego, aczkolwiek nieco wcześniej. Od momentu zjazdu z DW579 tempo troszkę się uspokoiło. Była też nieformalna strefa bufetu ;)


Jadąc Prostą pod lekki wiatr byłem akurat z przodu i starałem się trzymać chociaż te 35 km/h. Dla Witka (albo Michała - nie pamiętam dokładnie) było to chyba jednak zbyt wolno, bo postanowił przycisnąć do 40 km/h, co na parę minut mnie rozłożyło. Zmiana trochę za bardzo dała się we znaki moim nogom i nie miałem za bardzo czym gonić. Zostałem kawałek z tyłu. Trochan zwolnił trochę i próbował mnie podciągnąć, ale dopadł mnie chwilowy kryzys i nawet ten miły gest nie pomógł. Koledzy jednak za rondem zwolnili i dałem radę dołączyć. Jednak brakuje jeszcze czasem siły i kilometrów w nogach, ale mam nadzieję, że z czasem się jeszcze rozkręcę.

Dalej polecieliśmy standardowo Rolniczą w stronę Łomianek. Tu też trzymaliśmy 35 - 40 km/h i na szczęście jechało mi się już całkiem dobrze. Trochan odbił kawałek przed Łomiankami, Michał kawałek za. Witek z Kubą chcieli jeszcze dokręcić do stówki i rozdzieliliśmy się na skrzyżowaniu Estrady i Arkuszowej. Mi niestety kończył się powoli limit czasowy, więc podziękowałem chłopakom i pojechałem już dalej sam Radiową.

Muszę przyznać, że byłem całkiem pozytywnie zaskoczony swoją formą, o ile w ogóle mogę o takiej pisać. Obawiałem się trochę, że odpadnę dość szybko, a ostatecznie wyszło całkiem fajnie (pomijam ten chwilowy kryzys przed Czosnowem ;)). Może dlatego, że nie było zbyt dużo skoków i konieczności łatania po drodze...? Tempo było dość równe, co (w moim przypadku) nie znaczy, że było nudno :) Średnia 33 km/h. Ujechałem się właściwie w sam raz. Tak naprawdę, czułem nawet na koniec lekki niedosyt, bo trochę sił pod koniec wróciło i gdyby nie goniący czas, chętnie dokręciłbym sobie jeszcze trochę kilometrów. No ale i tak super, że wyszło jak wyszło. Dawno nie jeździłem w grupie, a to jednak zupełnie inna bajka niż samotne wypady. Jak wróciłem, na termometrze było już 12°C. Cieszę się, że rano się jednak zebrałem, bo gdybym został w domu, na pewno bym żałował straconej pogody. Szosa zaliczona, pozostała część soboty minęła mi na myciu okien i innych, równie atrakcyjnych, wiosennych porządkach ;)

12 sierpnia 2014

Szosa 12-08-2014 (62,12 km)

Planowałem dziś przejechanie po pracy (tak, dla odmiany po, a nie przed pracą ;)) spokojnych pięciu dyszek. Ponieważ udało mi się wyjść o normalnej godzinie i powrót do domu zajął mi wyjątkowo mało czasu, na szosę wyruszyłem przed 18.

Kierowałem się na Leszno i dojeżdżając do Starych Babic coś mi zaświtało w głowie, że właśnie o 18:00 miało się chyba zebrać kilka osób. Na rondzie spotkałem Piotrka. Spytał, czy jadę. No i było pozamiatane, co miałem powiedzieć...? :) Wiedziałem, że spokojnie nie będzie, jednak dawno nie jeździłem w grupie, a skoro trafiła się okazja, to dlaczego by się nie skatować...?

Po kościołem czekał już Janek, Witek, Damian i jeszcze dwóch kolegów, których nie miałem okazji poznać wcześniej. Skierowaliśmy się w stronę Leszna, przy czym pojechaliśmy przez Umiastów i Łaźniewek, za którym jest seria kilku fajnych zakrętów (dla mnie nowy odcinek). Za Radzikowem odbiliśmy na Leszno.

Strasznie mocno dziś wiało, a nad Lesznem były ciemne, burzowe chmury. Wiatr i tempo nadawane akurat przez Damiana sprawiło, że razem z dwoma kolegami zostaliśmy przed Lesznem kilkanaście metrów z tyłu. Koledzy z przodu jednak zwolnili i dalej jechaliśmy już razem.

Zaczął padać lekki deszcz i żeby było przyjemniej, w łydkach zaczęły mnie łapać skurcze (może za dużo kawy w pracy? ;)). Wiedziałem, że nie mogę odpuścić, bo samotny powrót w takich warunkach jakoś mi się nie uśmiechał. Spodziewałem się zresztą jeszcze kilku mocniejszych akcentów po drodze, więc nogi musiały wrócić do normy. Z upływem kilometrów tak się na szczęście stało i znowu mogłem w miarę normalnie kręcić.

Od Leszna ładne tempo nadawał Piotrek. Pod Zaborów skoczył Witek. Ruszyłem za nim, a ze mną jeszcze jeden kolega. Do ronda dojechałem na drugiej pozycji, chociaż skurcze znowu chciały dopaść moje Bogu ducha winne łydki ;)

Do Babic jechaliśmy na zmianach, przy czym przed podjazdem pod kościół Witek znowu skoczył, a za nim dwóch kolegów. Też próbowałem coś mocniej przycisnąć, ale po tym jak zostałem kawałek z tyłu, ostatecznie dojechałem jako trzeci. Nie żeby miejsce było w tym wszystkim najważniejsze, ale dobry był taki mocniejszy akcent na koniec...

W Babicach koledzy zahaczyli jeszcze o sklep, a ja odbiłem w stronę domu, bo byłem umówiony i zależało mi na czasie. Po drodze, na Hubala-Dobrzańskiego, spotkałem Janka, który odbił wcześniej na Zaborów.

Właściwie dobrze się złożyło, że przypadkiem pojechałem dziś z ekipą ze Starych Babic. Wyszło więcej kilometrów niż planowałem, w czasie krótszym niż jechałbym samotnie 50 km. Trzymaliśmy dziś 35 - 45 km/h i muszę przyznać, że (pomijając kryzys przed Lesznem i skurcze po drodze) jechało mi się naprawdę fajnie. Czasami bolało, ale przeżyłem. I o to chodzi ;)



Na koniec jeszcze zdjęcie sprzed jazdy (do kroniki ;)) podesłane przez Witka. Od lewej: Damian, ja, Piotrek, Janek i Kolega, którego imienia nie znam.


11 sierpnia 2014

Drugi etap 71. Tour de Pologne - lotna premia w Starych Babicach

W tym roku udało mi się pojawić na drugim etapie (Toruń - Warszawa, 226 km, 04.08.2014) 71. Tour de Pologne. Trasa o tyle mi się podobała, że końcówka prowadziła drogami, po których sam często jeżdżę. W Starych Babicach została ustawiona lotna premia. Chociaż rundy (etap kończył się trzema) to dla kibica całkiem fajna sprawa, postanowiłem nie pchać się na Plac Teatralny, gdzie ulokowana była meta.

Premia była na drodze 580, przy skręcie w ul. Piłsudskiego:


Im bliżej momentu przejazdu peletonu, tym kibiców przy premii było więcej. Zostali wyposażeni w lokalne materiały promocyjne - koszulki i łapy z hasłem wspierającym lokalny patriotyzm - I love Stare Babice :) Atmosfera była pozytywna i mimo upału oraz kilkunastominutowego opóźnienia kolarzy względem prognozy wyglądało na to, że wszyscy dobrze się bawią.


Nadszedł wreszcie długo wyczekiwany moment i najpierw, z kilkuminutową przewagą, nadjechała tryzosobowa ucieczka - Petr Vakoc (OPQS), Bartłomiej Matysiak (CCC) i Przemysław Kasperkiewicz (POL). Jako pierwszy, linię premii przekroczył Petr Vakoc, który ostatecznie zwyciężył na solo cały etap, zdobywając tym samym żółtą koszulkę.


Drugi był Bartłomiej Matysiak:


Trzecie miejsce na premii zajął Przemysław Kasperkiewicz, który niestety nie załapał się na pamiątkowe foto ;) Zdjęć peletonu też niestety nie będzie - wolałem delektować się momentem, w którym prawie dwustu chłopa przejeżdża przed nosem, cisnąc ok. 50 km/h. Dlatego też, w takiej sytuacji, wspomniane na początku rundy lepiej się sprawdzają... Jak by jednak nie było, cieszę się, że chociaż na chwilę udało mi się wpaść na tegoroczny TdP. Dobre i te kilka (chyba nawet nie -naście) sekund tak bliskiego kontaktu z prosami ;)

06 lipca 2014

Szosa 05-07-2014 (94,69 km)

Wczoraj udało mi się pojawić w Starych Babicach na cosobotnim (jak to słowo dziwnie wygląda...) treningu. Podczas ostatniej jazdy tydzień wcześniej, nogi całkiem nieźle się spisywały, a i pogoda dodatkowo zachęcała do jazdy, więc zapowiadało się fajne kręcenie w grupie.

Pod kościołem zameldowało się ok. dziesięciu osób. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę o wypadku, któremu uległ Michał podczas jednego z ostatnich treningów i ruszyliśmy. Początkowo jechało się całkiem przyjemnie, bo wiatr wiał w plecy. Coś tam nawet mocniej przycisnąłem na mariewskiej premii (bo Janek skoczył... ;)). Za Zaborowem odbiliśmy na Radzików i skierowaliśmy się w stronę Gawartowej Woli. Na liczniku było 35 - 45 km/h. Powoli docierało do mnie, że forma jeszcze nie ta... Parę razy zdarzyło mi się puścić koło i musiałem wówczas liczyć albo na swoje nogi albo na to, że koledzy akurat trochę odpuszczą ;) Jakoś jednak udawało mi się z powrotem dołączać do grupy i walczyć dalej z kryzysem.


Zaczynałem się kiepsko czuć, było mi słabo i powoli odechciewało mi się kręcić dalej. Starałem się jednak nie dawać za wygraną i wlokłem się gdzieś bliżej końca grupy. Najzabawniejsze było to, że w drodze powrotnej miał towarzyszyć nam mocny wiatr w twarz. Ja i moje nogi wprost nie mogliśmy się doczekać... :)

Przejechaliśmy przez Gawartową Wolę i w Pasikoniach zawróciliśmy na skrzyżowaniu z drogą 580. Wiatr dość szybko dał mi się we znaki i znowu zostałem nieco z tyłu. W Zawadach zatrzymaliśmy się na popas i była wówczas chwila żeby odetchnąć.


Puszka CocaColi i banan dodały mi trochę sił, ale po kilku kilometrach znowu zacząłem zwalniać... Poza zmęczeniem, teraz jazdę utrudniał jeszcze wspomniany wcześniej wiatr. Walczyłem ze sobą do Gawartowej Woli, gdzie postanowiłem odpuścić i jechać w stronę domu swoim tempem. Janek chciał mnie jeszcze dociągnąć do grupy, ale po prostu nie miałem już czym kręcić. Nie chciałem spowalniać chłopaków, więc podziękowałem i rozdzieliliśmy się. W Czarnowie odbiłem na Wilkową Wieś i w stronę Warszawy jechałem już swoimi spokojniejszymi 30 km/h. Nagle telefon dzwoni - okazało się, że Janek jednak poprosił resztę żeby poczekała i wrócił po mnie, ale że odbiłem wcześniej w lewo - minęliśmy się :) Umówiliśmy się, że poczekam na nich pod kościołem w Lesznie i jednak wrócimy razem. Po kilku minutach koledzy nadjechali i wróciłem do grupy. Czułem się już nieco lepiej, więc jakoś (jakoś to chyba dobre określenie) udawało mi się wytrzymywać tempo nadawane głównie przez Janka i Piotrka (tego samego Piotrka, którego spotkałem przypadkiem w kwietniu, i który cisnął tak na szerszych oponach... :)). Żeby jednak nie było zbyt kolorowo, kawałek przed Warszawą znowu zostałem trochę z tyłu. Ponieważ Paweł był w podobnej sytuacji, do Starych Babic dotarliśmy chwilę później, przy czym ja pełniłem rolę pasożyta siedzącego non-stop na kole... Posiedzieliśmy jeszcze kilka minut na starobabickim rynku, po czym już spokojniej pojechaliśmy w stronę domów.

Oj, to zdecydowanie nie był mój dzień... Za mało ostatnio jeździłem żebym mógł bez większych problemów wytrzymać tempo grupy i nogi najzwyczajniej w świecie nie dawały rady. Czasem jednak trzeba wycierpieć swoje żeby były jakieś efekty i z takiego właśnie założenia wychodzę ;) Na koniec jeszcze dwa zdjęcia od Janka - z samego początku i samego końca - do kroniki ;)



Dziś za to przejechaliśmy z żoną spokojne, regeneracyjne 20 km po mieście. Taka jazda też ma swój urok... ;)

05 maja 2014

Szosa 04-05-2014 (80,79 km)

Wczoraj w Starych Babicach zameldowało się nas czterech: Janek, Michał, Mateusz i ja. W planach mieliśmy ok. 70 km, więc wybór padł na trasę, którą jechaliśmy w środę, ale bez odbijania na Białutki, a więc: Mariew, Leszno, odcinek przez KPN i dalej przez Czosnów i Łomianki.

Pogoda była rewelacyjna, aczkolwiek w stronę Leszna zmagaliśmy się z naprawdę solidnym wiatrem w twarz. Jechaliśmy sobie jednak na zmianach i trzymaliśmy się powyżej 30 km/h.

Na Topolowej (między Wólką a Mariewem) Janek zasygnalizował premię górską (górską, bo to oczywiście mocno przesadzone określenie, ale jak by nie patrzeć, teren się tam troszkę wznosi ;)) więc nie zastanawiając się długo, wstałem z siodełka i wyskoczyłem z drugiej pozycji. Dobiłem do 45 km/h i uzyskałem kilkadziesiąt metrów przewagi, po czym odpuściłem i zaczekałem na kolegów. Nogi naprawdę fajnie pracowały i muszę przyznać, że trochę mnie wczoraj nosiło ;)

Kolejna premia górska była przy stawach w Zaborowie. Na zjeździe zwiększyliśmy nieco prędkość, Janek wysunął się trochę do przodu, więc wskoczyłem mu na koło, po czym kolejny raz przycisnąłem i tym razem wpadło 50 km/h. Kawałek za mną pojechał Mateusz. Na wypłaszczeniu się połączyliśmy i do Leszna jechaliśmy już nieco spokojniej zmagając się dalej z wiatrem.

W Lesznie odbiliśmy w prawo na drogę 579. Ruch nie był zbyt duży, więc można było pozwolić sobie na parę zdjęć ;) Od lewej: Janek, Mateusz i Michał:




W Puszczy Kampinoskiej wiało już zdecydowanie mniej, więc i kręciło się lepiej. Jechaliśmy ok. 35 km/h. Przy jednej z wiosek wyskoczyły na drogę dwa psy, przez co musieliśmy ostro przyhamować, ale na szczęście obyło się bez kraksy (o tym, jak spotkania z psami mogą się skończyć mieli okazję przekonać się m.in. Marcus Burghardt oraz Sandy Casar i Frederik Willems na Tour de France 2007).

Od Czosnowa jechaliśmy Rolniczą już z wiatrem (przeważnie) w plecy, więc na liczniku były okolice 40 km/h.


Jechałem akurat na końcu, kiedy Mateusz wpadł przede mną w jakąś niezłą dziurę na drodze. Tylne koło mocno walnęło, ale wyglądało na to, że wszystko gra i można jechać dalej. Jak później napisał, przebił dętkę, ale powietrze zeszło z koła dopiero w domu, więc można powiedzieć, że szczęście w nieszczęściu... ;)

Po zjeździe z Rolniczej, przed nami była jeszcze hopka na Wiślanej, gdzie też chciałem trochę mocniej pojechać. Mateusz też coś planował, więc razem przycisnęliśmy, a od mniej więcej połowy podjazdu udało mi się zyskać jeszcze trochę przewagi. Tym razem też wyszło mi 45 km/h. Sam byłem trochę zdziwiony, bo zazwyczaj ta górka mnie dobijała pod koniec jazdy ;) Końcówka przebiegła już spokojnie i bez zrywów. Michał kolejny raz dziś pokazał, że można sobie całkiem nieźle radzić bez lajkry i całej reszty kosmicznej technologii ;)

Ojjj, muszę przyznać, że dawno nie czułem się tak dobrze. Sił starczyło od początku do końca, a i mogłem też sobie pozwolić po drodze na jakieś mocniejsze akcenty. Musiałem odreagować po środowych kryzysach ;) Byłoby naprawdę miło, gdyby nogi zawsze tak pracowały...

Na koniec jeszcze dwa zdjęcia od Janka - dzięki!


30 kwietnia 2014

Szosa 30-04-2014 (83,06 km)

Tak jak przedwczoraj, poszedłem wcześniej do pracy żeby móc z niej wcześniej wyjść, bo o 17:00 ze Starych Babic ruszało parę osób, a musiałem jeszcze zrobić po drodze jakieś większe zakupy na długi weekend. Wszystko udało się jednak jakoś zgrać i o umówionej godzinie pojawiłem się pod kościołem w Starych Babicach. Był Janek, Artur, Witek i Łukasz. Artur z Witkiem (czyli dwaj starobabiccy killerzy :)) zapowiadali spokojną jazdę na kole, ale wyszło nieco inaczej, o czym za chwilę... ;)

Pojechaliśmy na Leszno przez Mariew oraz Białutki i dalej drogą 579, z której odbiliśmy przez Puszczę Kampinoską na Czosnów. Powrót Rolniczą i przez Łomianki.

Na Topolowej - tak się bodajże nazywa ulica między Wólką a Wiktorowem - gdzie droga lekko się unosi, Witek wyskoczył zza moich pleców (jechałem niestety na przodzie - chyba już któryś raz... ;)) i pocisnął ponad 45 km/h. Od razu próbowałem gonić, a w międzyczasie poprawił jeszcze Artur, więc dołączyłem do nich dopiero po tym jak trochę zwolnili ;) Janek z Łukaszem zostali kawałek z tyłu, ale za chwilę jechaliśmy już znowu razem. Pierwsza żółta kartka dla Witka za spokojną jazdę... ;)

Ładne zmiany dawał też Janek, który starał się często pokazywać z przodu. Wiał dziś zachodni wiatr, więc w tamtą stronę mieliśmy nieco utrudnione zadanie. Kolejny raz odniosłem wrażenie, że Witkowi i Arturowi wiatr w twarz jakoś wyjątkowo nie przeszkadza, bo czy wieje czy nie, cisną sobie te 35 - 45 km/h i nie wyglądają na specjalnie skatowanych ;) Tak też było na drodze 579, gdzie trzymali właściwie cały czas 40 km/h (od przodu: Witek, Artur, Łukasz i Janek):


Tu pojawił się niestety mój pierwszy kryzys - nie wiadomo dlaczego, zaczął mnie strasznie boleć żołądek. Chociaż starałem się nie zostawać z tyłu, to miałem szczerą ochotę odpuścić i zawrócić, bo przed nami było jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. Właściwie aż do puszczy brzuch nie dawał mi spokoju, ale na szczęście sytuacja wróciła w końcu do normy i kręciło mi się już nieco lepiej. Dalej jechaliśmy ok. 40 km/h, co zaczynało dawać mi (i nie tylko mi :D) się we znaki. Druga żółta kartka dla Witka za naprawdę mocne (dla mnie, cieniasa :)) zmiany i pierwsza dla Artura - za to samo :)

Kolejny kryzys - zdecydowanie gorszy - dopadł mnie mniej więcej w połowie Rolniczej. Kompletnie odcięło mi prąd i ledwo dawałem radę chociażby utrzymać się na kole, a tempo i tak było już nieco niższe. Po prostu za mało zjadłem przed wyjściem - szykowałem się na jakieś szybkie 50 czy 60 km, więc nie wziąłem nawet banana na drogę. Nie pamiętam już, kiedy tak zdychałem z głodu, ale było to raczej dawno, bo w przeszłości parę razy się już przejechałem na braku jedzenia i odtąd starałem się zjeść przed oraz w trakcie jazdy coś bardziej sensownego. Dziś jednak to był główny problem. Przez chwilę miałem mroczki przed oczami, aż w końcu ukazał mi się znajomy widok - coraz bardziej oddalająca się - już beze mnie - grupa ;) Koledzy jednak zorientowali się, że zostałem z tyłu i poczekali. Na chwilę pomogło, ale nie czułem się znacznie lepiej, więc zostawałem jeszcze ze dwa czy trzy razy... Pomimo moich sprzeciwów ;) koledzy nie chcieli mnie zostawić samego (tu podziękowania zwłaszcza dla Janka i Artura). Do mojego kryzysu mieliśmy średnią prawie 35 km/h, ostatecznie spadła do 32,65 km/h. Jak zwykle jadąc tą trasą, humor poprawiła mi wznosząca się droga za Łomiankami :) Zwolniłem do jakichś żałosnych 20 - 25 km/h, ale mimo to koledzy znowu poczekali. Znowu. Miałem wyrzuty sumienia, że ich spowalniam... ;) W Łomiankach Artur dał mi kawałek batonika, co pozwoliło mi nieco przezwyciężyć kryzys. Na Radiowej było już zdecydowanie lepiej i nogi trochę odżyły. Janek odwiózł mnie pod dom i tak skończyła się dla mnie dzisiejsza męka... ;) Miałem lekką obsuwę czasową, bo wróciłem pół godziny później niż planowałem, a na 20:00 byłem dziś jeszcze umówiony - na szczęście jednak spóźniłem się tylko parę minut, bo zrzucenie rowerowych ciuchów, zjedzenie czegoś i ekspresowy prysznic zajęły mi niecałe dwadzieścia minut :)

Chociaż momentami było naprawdę ciężko to podobało mi się i nie żałuję, że pojechałem. Trzeba jeździć z lepszymi, żeby był jakiś postęp, prawda? :) Wielkie dzięki dla kolegów za wsparcie i pomoc w dotarciu do domu. To może małe gesty, ale bardzo pozytywne. Tak naprawdę od 5:00 byłem na nogach i od rana było dziś mocne tempo - nie tylko na rowerze ;) Przez to trochę za słabo przygotowałem się do jazdy i ostatecznie wyszło jak wyszło. Pocierpieć jednak też czasem trzeba... :)

05 kwietnia 2014

Szosa 05-04-2014 (82,36 km)

Dziś pod kościołem w Starych Babicach stawiło się łącznie siedem osób, czyli nieco mniej niż tydzień temu. Ruszyliśmy chwilę po 9:00. Na początku było nieco spokojniejsze niż ostatnio tempo - ok. 30 km/h - więc i parę zdjęć dało radę zrobić ;)




Rano było jakieś 8°C (ostatecznie temperatura dobiła do 12°C) i powoli zza chmur przebijało się słońce, więc bez tragedii. Pogodowi szamani zapowiadali na dziś solidny wiatr, który miał ponoć osiągać nawet 50 km/h. Dość szybko mogliśmy się przekonać, że całkiem nieźle im ta prognoza wyszła ;) Jadąc z wiatrem można było bez większych problemów trzymać prędkość ok. 40 km/h. A z wiatrem jechaliśmy w tamtą stronę, więc powrót rysował się raczej kiepsko. Po dojechaniu do drogi 580 przed Zaborowem dwie osoby zawróciły, więc dalej jechaliśmy w pięciu. Ustaliliśmy, że na bieżąco zobaczymy ile kilometrów dziś zrobimy. Wstępnie zapisaliśmy się z Jackiem do grupetto ;) Planowaliśmy odbić sobie w Białutkach i wrócić spokojnym tempem. Od wyjścia z domu miałem dziś trochę zamulone nogi i jakoś ciężko mi się kręciło, więc taka opcja - biorąc jeszcze pod uwagę mocny wiatr wiejący w drodze powrotnej w twarz - jak najbardziej mi odpowiadała. Wspólnie zdecydowaliśmy jednak, że pojedziemy dziś trochę krótszą niż ostatnio trasą i wrócimy razem.

Wracając pod wiatr było już zdecydowanie mniej przyjemnie... :) Chociaż utrzymywaliśmy te ok. 30 km/h to wystarczyło na chwilę puścić koło żeby znaleźć się w kiepskiej sytuacji. Na chwilę zwolniliśmy z Jackiem i zostaliśmy trochę z tyłu, ale koledzy widząc to elegancko zaczekali żebyśmy z wiatrem męczyli się w pięciu a nie dwóch. W tym miejscu warto zaznaczyć, że dzisiejsze męczarnie sponsorował (jak zwykle? ;)) Maciek z Arturem, którzy dawali naprawdę solidne i długie zmiany pod równie solidny wiatr. Ja może gdzieś tam na moment pojawiałem się z przodu chcąc dać cokolwiek od siebie, ale w porównaniu z robotą wykonaną przez chłopaków... no, jeszcze trochę pracy przede mną :) Na szczęście nogi zdążyły mi się już trochę rozruszać i pracowały nieco lepiej niż na samym początku.

Grupka zmniejszyła się nam o 20% kiedy Maciek koło stawów pod Zaborowem pocisnął pod górę i pod wiatr prawie 45 km/h :> Z tyłu został niestety Jacek. Udało mi się jakoś utrzymać na kole Maćka i od zaborowskiego ronda jechaliśmy już we czterech w stronę Warszawy, odbijając jeszcze na Mariew i Lipków. Przez kilka kilometrów dobierał się do mojej prawej łydki jakiś perfidny skurcz, ale jakoś się na szczęście wybroniłem. Miałem po drodze jeszcze kilka słabszych momentów, ale że kiepsko byłoby odpaść tak blisko od domu, starałem się nie odpuszczać ;)

Na Hubala-Dobrzańskiego Artur odbił w swoją stronę i we trzech z Maćkiem i Przemkiem pojechaliśmy dalej Bolimowską do Kocjana. Tam się rozdzieliliśmy i pojechałem sobie jeszcze na króciutki rozjazd.

Chociaż z wiatrem jechało się dziś super, to powrót dał mi się nieco we znaki. Korzystając z kół kolegów udało mi się jednak dojechać w jednym kawałku do domu. Jutro w planach też jest rower, aczkolwiek spece od pogody straszą ponoć jakimiś niewielkimi opadami. Oby tym razem nie mieli racji ;)

29 marca 2014

Szosa 29-03-2014 (91,35 km)

Tak jak wczoraj wspomniałem, dziś była w planach jazda w grupie. W porównaniu z zeszłym tygodniem przyjechało zdecydowanie więcej ludzi - pod kościołem w Starych Babicach zjawiło się dziś łącznie ok. piętnastu osób. Pogoda była rewelacyjna, więc zapowiadało się naprawdę fajne kręcenie.

Praktycznie od początku poszło mocne tempo w okolicach 35 - 45 km/h, przez co grupa dość szybko zaczęła się rwać. Starałem się utrzymywać w pierwszej grupce, co tak naprawdę udawało mi się przez niecałe 50 km. Utrzymywać to chyba dobre określenie, bo niestety zbyt często nie można mnie było zobaczyć z przodu grupy. Koledzy narzucili ładne tempo, które dla mnie pewnie byłoby nieco zbyt wysokie do utrzymania przez dłuższy czas z przodu (35 - 40 km/h, również pod wiatr :)). Te wspólne 50 km i tak mnie jednak satysfakcjonuje biorąc pod uwagę, że w tym roku przejechałem jak dotąd tylko ok. 500 km. Tak więc - dzięki, panowie! Poniżej kilka fotek z pierwszej grupki (kiedy akurat tempo było nieco niższe... ;)):




W okolicach Wawrzyszewa zacząłem trochę opadać z sił i powoli zostawać z tyłu. Starałem się jeszcze gonić, na chwilę nawet wróciłem do grupy, ale w Cholewach niestety znowu odpadłem i musiałem odpuścić na dobre. Dołączył do mnie Michał, który - jak się okazało - jest moim kolegą z branży :) Chociaż jechał w dżinsach, bluzie, z plecakiem i bez SPDów to naprawdę nieźle się trzymał i długo był w pierwszej grupie. Tempo nas obu jednak trochę przerosło, więc postanowiliśmy kierować się w stronę domu już nieco bardziej turystycznie. Dogoniliśmy jeszcze jednego odpadniętego kolegę, kawałek pojechaliśmy razem, po czym bodajże w okolicach Białutek dołączył do nas Janek, Jacek i jeszcze jeden kolega. Dojechaliśmy do drogi 580, Janek dawał całkiem niezłe zmiany i jakoś się toczyliśmy. We trzech - z Jankiem i Jackiem - odbiliśmy jeszcze w lewo na Mariew, a dwaj koledzy pojechali prosto w stronę Warszawy. Zdjęcie 2/3 naszego wesołego grupetto poniżej ;)


Stopniowo coraz bardziej opadałem z sił, Janek nie dawał za wygraną i trzymał te 30 km/h :) Zaczynałem jechać na granicy skurczów w mięśniach prostych uda, więc między Wojcieszynkiem a Koczargami Starymi podziękowałem chłopakom za wspólną jazdę i zostałem trochę z tyłu żeby ich nie spowalniać. Janek z Jackiem odbili z lewo na Lipków, ja w prawo w stronę drogi 580. Jak na złość, kryzys dość szybko minął i do domu dojechałem już nieco bardziej przyzwoitym tempem.

Podsumowując - było świetnie. Mocne tempo, fajna atmosfera i genialna pogoda. Wielkie dzięki dla wszystkich, którzy się dziś zjawili, a zwłaszcza dla tych, którzy udostępniali mi swoje tylne koło ;)

Na koniec jeszcze zdjęcie ze zbiórki w Starych Babicach - dzięki, Janek!


23 marca 2014

Szosa 22-03-2014 (63,84 km)

Kolejny wiosenny wypad na szosę. Tym razem jednak było o tyle ciekawiej, że miałem okazję pojeździć trochę w grupie. Podjechałem do chłopaków jeżdżących spod kościoła w Starych Babicach. Początkowo było nas czterech. Tempo jak dla mnie całkiem solidne (biorąc pod uwagę to, ile i jak szybko ostatnio jeździłem) i oscylowało w okolicach 35 - 40 km/h. Dałem jednak radę! ;) W tym miejscu słowa uznania dla osiemdziesięcioletniego pana, który zasuwał na carbonowym jamisie z taką prędkością, ale żeby było weselej - także pod wiatr :) Chciałbym mieć taką parę w nogach w tym wieku...

Przejechaliśmy przez Lipków i Mariew i po dojechaniu do drogi 580 wspomniany pan zawrócił. W tym samym momencie dogoniła nas czteroosobowa grupka, która przyjechała pod kościół chwilę później. W planie mieli przejechanie stówki, ale tym razem nie skusiłem się na taki dystans, bo nogi jeszcze słabe, a i byłem trochę czasowo ograniczony.

Równie solidnym co wcześniej tempem przejechaliśmy wspólnie do Białutek i tam się rozdzieliliśmy - chłopaki w lewo, a ja prosto w kierunku Leszna. Trochę żałowałem, że nie mogłem z nimi jechać dalej, ale cóż... może jeszcze będzie okazja. W Grądach zawróciłem i skierowałem się w stronę domu. Na skrzyżowaniu w Lesznie minęła mnie grupa ok. 8 kolarzy - namawiali mnie żebym jechał z nimi w stronę Nowego Dworu Mazowieckiego, ale ze wspomnianego wcześniej powodu musiałem niestety odmówić ;) W okolicach Wojcieszyna z kolei z naprzeciwka nadjechała tym razem już kilkunastoosobowa grupa kolarzy. Takiego wysypu szosówek już dawno (nigdy? :)) nie widziałem na raz w ciągu jednej jazdy. Fajnie. Potem spotkałem jeszcze trzech kolarzy. Wiosna w pełni...! ;)

Bardzo się cieszę, że mogłem sobie wczoraj chociaż trochę pojeździć w grupie. Zawsze to jakieś urozmaicenie, tym bardziej, że tempo było niezłe. Trochę się tylko spóźniłem na słońce, bo tak naprawdę zaczęło solidniej świecić już jak wracałem do domu ;) Pogoda jednak i tak dopisała, więc nie ma co marudzić. Zdjęć z grupy nie mam, za to mam standardowe zdjęcie z szosą, poboczem i niebem! ;)

27 lipca 2013

Szosa 27-07-2013 (52,30 km)

Udało mi się dziś wrócić na szosę po ponad miesięcznej przerwie. I w sumie sam nie wiem, co myśleć. Z jednej strony nogi pracowały straaasznie ciężko, a z drugiej prędkości wcale nie były takie tragiczne (oczywiście jak na mnie i taką przerwę od roweru ;)). Spodziewałem się jakiejś kompletnej katastrofy, a w sumie nie było najgorzej. Wyjechałem dopiero ok. 19 z nadzieją na trochę chłodniejsze powietrze - było niby te 25°C, ale duchota była niesamowita. Po drodze spotkało mnie kilka niespodzianek w postaci robót drogowych (m. in. zryta nawierzchnia w Mariewie od strony ul. Spacerowej), ale dzięki temu poznałem dziś nowy odcinek. W Starych Babicach od skrzyżowania z ul. Osiedlową i Izabelińską zamknięta jest ul. Sienkiewicza w stronę Lipkowa - nie przyglądałem się jakoś wyjątkowo, ale jeśli kładliby tam nową nawierzchnię to byłoby rewelacyjnie, bo średnio przepadam za tamtym odcinkiem właśnie ze względu na nierówności na drodze. Skręciłem w prawo w Izabelińską. Nawierzchnia może nie powala, ale jedzie się całkiem przyjemnie:


Potem, po przejściu w Sienkiewicza jest już gorzej, ale stamtąd odbiłem już w znaną (i niekoniecznie przeze mnie lubianą ;)) 3 Maja i skierowałem się w stronę Zaborowa. Dojechałem do ronda, zawróciłem i w promieniach zachodzącego słońca ;) udałem się w drogę powrotną.

Dziś też pierwszy raz nasmarowałem łańcuch Rohloffem. Pierwsze wrażenia są jak najbardziej pozytywne, ale akurat w przypadku olejów do łańcucha pierwsze wrażenia niekoniecznie są najważniejsze. Napęd pracuje praktycznie bezgłośnie (porównując do białego Finish Line'a, którego ostatnio skończyłem) co uwielbiam. Może jak wpadnie więcej kilometrów to napiszę coś więcej, chociaż Rohloff jaki jest, każdy widzi.

A z innej beczki - ja się tu wlokę przez 50 km, a prosi rozpoczęli dziś we Włoszech 70. Tour de Pologne. Etap wygrał Diego Ulissi, a na trzecim miejscu zameldował się Rafał Majka. W tym roku wyścig omija Warszawę, więc pozostaje mi śledzenie kolejnych etapów w jakiś bardziej pośredni sposób. Zacząłem kiepsko, bo dziś nie mogłem obejrzeć relacji, a i nie wiem czy załapię się na kolejne, ale na szczęście są internety! ;)

07 maja 2013

Szosa 07-05-2013 (57,67 km)

Nareszcie wiosenna szoska! Miało być rewelacyjnie, a jednak troszkę zabrakło żebym mógł z czystym sumieniem użyć tego szczytnego określenia. Ale od początku...

Pogoda - ile prognoz, tyle było opinii na temat tego, co będzie się dziś działo na niebie i okolicach. Jedne mówiły, że będzie pięknie, inne, że pojawią się jakieś tam przelotne opady, a jeszcze inne, że będą burze i grad. Do wyboru, do koloru. Tak naprawdę, było trochę nijako. Na niebie było trochę chmur, trochę popadało, ale nie było tragedii. Pomyślałem, że jak nie spróbuję i nie pójdę to będę żałował. Rower był świeżo wyczyszczony po ostatnich zmaganiach z kwietniowym błotkiem, więc gdyby zaczęło padać to kolejny raz potwierdziłoby się moje szczęście do wyczyszczonego roweru i brzydkiej pogody... ;)

W związku z tym ubrałem się trochę asekuracyjnie, czego potem trochę żałowałem. Ale mądry Polak po szkodzie. Postanowiłem jechać na długo, czyli standardowe ciuchy + nogawki i wiatrówka. Do tego Buff na głowę - tym razem na pirata (zamiast zimowej czapki) ;) Podoba mi się to ustrojstwo, naprawdę. Tak jak przyjemnie było w końcu nie zakładać rękawiczek czy ochraniaczy na buty, tak dość szybko okazało się, że nieco przesadziłem z dzisiejszym zestawem - było mi po prostu trochę za ciepło. Buff powędrował do tylnej kieszonki, wiatrówka została rozpięta, ale nogawki zostawiłem. I tak już zostało do końca jazdy - szkoda, bo mogłem je przecież zdjąć, schować i złapać trochę słońca ;) po zimie. Mądry Polak po szkodzie po raz drugi.

Zgodnie z planami z ostatniego wpisu, pojechałem dziś zobaczyć jak jedzie się ul. Sikorskiego. Krótko mówiąc, jedzie się bardzo przyjemnie. Jak poinformował mnie w komentarzu Anonimowy Kolega jeżdżący na Focusie ;) nawierzchnia była jakiś czas temu wymieniona i jest teraz gładziutko:


Praktycznie zaraz po wjechaniu na Sikorskiego (od strony Starych Babic), z prawej strony znajduje się niewielki cmentarz żołnierzy Wojska Polskiego i innych ofiar poległych we wrześniu 1939 r.:



Kiedy ruszałem z cmentarza zaczęło padać. Pomyślałem, że moja teoria o przyciąganiu deszczu przez czysty rower chyba jednak coś w sobie ma ;) Na szczęście nie była to jakaś ogromna ulewa, deszcz popadał parę minut i chwilę później nie było już po nim śladu. I dobrze.

Poza dzisiejszą ubraniową wpadką, jazdę skutecznie popsuło mi dziś tajemnicze stukanie/pykanie, dobiegające z okolic suportu (tak mi się przynajmniej wydaje). Pozwolę sobie zwalić winę na Fizika, który pod koniec kwietnia odkopał mój wpis z sierpnia 2011 r. i napisał, że u niego też coś szwankuje - z pewnością rzucił w ten sposób urok na mojego Scotta ;) Dźwięk przypomina ocieranie łańcucha o prowadnik przerzutki (chociaż nic nie ociera, bo występuje na praktycznie każdym przełożeniu) albo dźwięk powoli i delikatnie wyginanego metalu (ależ mam wyobraźnię, prawda?). Albo odgłos towarzyszący pracy zawieszenia rowerów ze sklepów międzynarodowych  sieci handlowych ;) Czego by zresztą nie przypominał, nienawidzę tego typu zjawisk, bo nie pozwalają w pełni cieszyć się cichą pracą napędu, a więc i samą jazdą. Zatrzymywałem się kilka razy żeby zobaczyć co to może być, ale z zewnątrz wszystko wyglądało dobrze. Wpadłem nawet na pomysł, że może po ostatniej jeździe do rury podsiodłowej dostało się trochę jakiegoś piachu czy innego diabelstwa i sztyca trzeszczy. Ponieważ nie dawało mi to spokoju, zatrzymałem się na chwilę i wyjąłem sztycę. Troszkę brudu faktycznie tam było, ale nie aż tyle, żeby od razu wszystko miało pukać i stukać. Zresztą przy pedałowaniu na stojąco te piękne dźwięki też było słychać. Stałem w środku lasu z wyciągniętą sztycą i widząc to, bliżej mi nieznany starszy pan rowerzysta zatrzymał się na chwilę i zapytał czy coś pękło i czy może pomóc. Powiedziałem, że wszystko ok i bardzo dziękuję, ale nie trzeba. Rozstaliśmy się życząc sobie szerokiej drogi, po czym moja irytacja powróciła, bo w kwestii stukania nic się nie zmieniło. I tak aż do powrotu do domu, praktycznie co każdy obrót korby do moich uszu dochodził ten mrożący krew w żyłach dźwięk. W planach mam dobranie się do suportu (może coś z łożyskami się skopało?), wyczyszczenie wszystkiego, nasmarowanie i złożenie do kupy. Poza tym - bo nie mam 100% pewności, że to suport - może lekkie przesmarowanie przedniej przerzutki (bo troszkę chyba wyschła). I może po drodze jeszcze coś wymyślę - plan działania będzie pewnie podobny jak w przypadku zmagań z podobnym stukaniem we wspomnianym sierpniu 2011 ;) Jutro też nieśmiało planuję wyskoczyć na rower, więc fajnie byłoby się z tym uporać. Wtedy pomogło - mam nadzieję, że teraz też pójdzie gładko.

30 grudnia 2012

Szosa 30-12-2012 (54,06 km)

Pojedziesz waść na Babice i Lipków do Zaborowa, gdzie czekają konie dla regimentu przeznaczone - czytając ostatnio Ogniem i mieczem i natknąwszy się na te słowa, wypowiedziane przez Jeremiego Wiśniowieckiego do Wołodyjowskiego, od razu trafiły one prosto do mego serca ;) ponieważ w okolicach tychże miejscowości najczęściej kręcę się na szosie (swoją drogą - nie wiedziałem, że istniały już w XVII w.). Dziś, ze względu na wolny dzień i całkiem rowerową (jak na grudzień) pogodę, udało mi się po półtoramiesięcznej przerwie wyskoczyć na rowerek. Nie miałem w planach konkretnej trasy, ale pomyślałem dlaczego by nie do Zaborowa? Daleko nie jest, a i zamierzałem przejechać dziś traskę w okolicach 50 km. Tak więc, wszystko idealnie.

Ale od początku. Ponieważ ostatnio Scott stał wpięty w trenażer, trzeba się było zająć tylnym kołem. A tak naprawdę zmianą opony. Standardowo przy tej okazji, nie mogłem znaleźć adaptera do pompki, przez co wyjazd nieco mi się opóźnił. Teraz już schowałem go w standardowym miejscu, więc zakładam, że następnym razem takiego problemu nie będzie. Musiałem też przebrnąć przez długotrwały proces ubierania się w jesienno-zimowy zestaw rowerowych ciuchów i wreszcie byłem gotowy do jazdy. Od razu dał mi się we znaki silny i zimny wiatr, który raz pomagał, a raz przeszkadzał (częściej chyba jednak przeszkadzał ;)). Mimo to kręciło mi się całkiem dobrze, właściwie im dalej tym lepiej, aż w końcu byłem w stanie jechać przez dłuższy czas ok. 35 km/h, czego się po takiej przerwie raczej nie spodziewałem. Chyba świadomość tego, że wreszcie mogę sobie znowu pokręcić i ładna pogoda dodatkowo dodawały sił i motywowały do jazdy. Powróciły też, być może chwilowo, stare nawyki do jazdy z niższą kadencją. Sporo było zatem dużej tarczy i to mi się pasowało. Po drodze minąłem 4 szosowców (wracając z Mariewa, na ul. Spacerowej widziałem też bażanta, ale nie dość, że nie zdążyłem zrobić mu zdjęcia, to i już nieco inny temat niż szosowcy ;)). Jak wspomniałem, pogoda była dziś super, bo 4°C i bezchmurne niebo. Nie mogło się więc obyć bez jakichś pamiątkowych (do oglądania w ponure i śnieżno-deszczowe dni ;)) widoczków:



Dopiero pod koniec jazdy zaczęło mi trochę brakować pary w nogach, ale że byłem już niedaleko domu, to obyło się bez ofiar w ludziach. Dzisiejszą jazdę będę bardzo miło wspominał, bo nogi fajnie pracowały, a i pogoda była genialna (pomijam fakt, że chyba najbardziej cieszyło mnie to, że pojechałem w ogóle). Jeśli jutro nie uda mi się wyskoczyć na trochę, to dzisiejszą jazdę będzie można uznać za bardzo miłe rowerowe zakończenie roku. Oby w przyszłym było więcej kilometrów, chociaż ekhm... mam co do tego pewne obawy ;)

I jeszcze dowód na to, że rozkaz został wykonany!


PS. Zapraszam na strony Lipkowa i Starych Babic oraz do przejrzenia informacji o Zaborowie na Wikipedii.

03 listopada 2012

Szosa 03-11-2012 (41,16 km)

Jest postęp! Zamówiliśmy w końcu (po 3 miesiącach od przeprowadzki) kanapę do salonu... Ale nie o tym będzie. Ponieważ śnieg, który spadł w ostatnich dniach zdążył stopnieć, a drogi wyschły, po dzisiejszych poszukiwaniach mebli nie było innego wyjścia jak pójść na rowerek. Celowałem w ok. 40 km, bo więcej pewnie mogłoby mnie zbytnio wyeksploatować (jest moc, nie ma co... ;)) po kolejnej dłuższej przerwie , a i niezbyt dużo zjadłem przed wyjściem, bo i zależało mi na czasie - dni już zdecydowanie krótsze, o czym zdążyłem się także dziś przekonać. Najważniejsze było jednak to, żeby w ogóle wyjść i trochę się poruszać, skoro pogoda sprzyjała. Upału może nie było, bo termometr pokazywał 7°C, ale uzbroiłem się w potówkę, koszulkę, wiatrówkę i jesienne rękawiczki, a na dół poszły ocieplane nogawki. Z ocieplaczy na buty mimo wszystko postanowiłem nie korzystać. Wziąłem za to ze sobą moją ukochaną czapeczkę na wypadek, gdyby jednak szybko się ochłodziło. Tak naprawdę, założyłem ją po przejechaniu pierwszych świateł, bo powietrze - nie dość, że jesienne - to dodatkowo było już wieczorne. Jak zawsze byłem zachwycony jej działaniem, bo praktycznie dziś nie zmarzłem. Tym razem wiatr właściwie nie przeszkadzał, więc jechało się całkiem przyjemnie. Nawet nie czułem się jakoś wyjątkowo słabo. W lesie prawdziwie jesienne widoki - wszędzie mnóstwo żółtych liści, chociaż zielone dzielnie się jeszcze bronią:


Szybko zaczęło się ściemniać i już ok. 16 zaszło słońce - tragedia, zdecydowanie bardziej wolę lato, kiedy ciemno zaczyna robić się nawet o 21...


Chwilę później była już praktycznie noc i sytuację - choć może nie idealnie - ratowały przydrożne latarnie, które niestety nie wszędzie zasadzili. Na szczęście zabrałem ze sobą lampki, chociaż przednia to porażka. Ale o lampkach będzie innym razem. W drodze powrotnej mijałem kościół pw. Wniebowzięcia NMP w Starych Babicach, o którym pisałem - właśnie to zauważyłem :) - prawie dokładnie rok temu. Jest ładnie oświetlony, chociaż zdjęcie tego nie oddaje:


I tak oto w ciemnościach zmierzałem ku domowi z uśmiechem na gębie, bo już solidnie brakowało mi jazdy. Dystans jak zwykle skromny, ale może nastaną dla mnie jeszcze lepsze rowerowo czasy? ;)