Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góra kalwaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góra kalwaria. Pokaż wszystkie posty

08 sierpnia 2015

Szosa 07-08-2015 (114,18 km)

Był upał i jechało mi się beznadziejnie. Na tym zdaniu mógłbym właściwie zakończyć opis wczorajszego wypadu. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie rozwinął trochę tych smętów. Tak więc, do dzieła! ;)

W piątek miałem wolne, więc postanowiłem tą jakże przyjemną okoliczność spożytkować rowerowo. To, że przez Polskę przewala się obecnie fala upałów i temperatura oscyluje w okolicach 35°C to tylko detal. Okazji do jazdy i tak mam niewiele, najbliższa pojawi się zapewne najwcześniej w środę, więc głupio byłoby jeszcze wybrzydzać w kwestii pogody. Chociaż tak sobie teraz myślę, że może tym razem lepiej było jednak wybrzydzać...?

Postanowiłem pojechać do Góry Kalwarii trasą identyczną jak w ubiegłym roku (kiedy to dzień później Michał Kwiatkowski został Mistrzem Świata :)). Prognozy nie kłamały i w cieniu było grubo ponad 30°C. Nie wiem, ile w słońcu, ale wydaje mi się, że określenie cholernie gorąco w pewnym stopniu oddaje klimat wczorajszego dnia. Po prostu żar lał się z nieba i nie było czym oddychać. Wiedziałem, że będzie ciężko, a pewnie nawet ciężej niż przy okazji lipcowej jazdy w podobnych warunkach, bo po drodze czyhały na mnie podjazdowe potworki w postaci Słomczyna, Kawęczyna i Góry Kalwarii. Wszystkie trzy nie są wyjątkowo długie, ale za to dość treściwe, co w połączeniu z całkowitym dystansem i panującą temperaturą mogło boleć. I bolało :) Nie zależało mi wczoraj na nie wiadomo jakich prędkościach - pojechałem z zamiarem przejechania tych niecałych 120 kilometrów bez patrzenia na średnią i nie wiadomo co jeszcze. Temperatura i tak miała skutecznie utrudniać jazdę. Do temperatury dołączył wiatr, który wiał najczęściej z najmniej pożądanego kierunku, czyli albo z przodu albo z boku. Nie mogłem nawet liczyć na pozytywny aspekt w postaci chłodzenia przez wiatr, bo powietrze było na tyle nagrzane, że nie czuć było właściwie różnicy.

Od samego początku jechało mi się - nie ma co ukrywać - kiepsko. Nogi były słabe, ale problem tkwił nie tylko w nogach. Całe ciało miałem, nazwijmy to, zamulone. Ręce nie chciały się opierać na kierownicy, plecy najchętniej walnęłyby się do łóżka, głowa momentami bolała i najchętniej zanurzyłaby się w wiadrze zimnej wody. Kompletny flak. Po kilkunastu kilometrach miałem dość i zastanawiałem się czy nie zawracać. Nie lubię się jednak poddawać, więc postanowiłem jechać dalej.

Podjazd pod Słomczyn jakoś wszedł. Zatrzymałem się na moment w sklepie żeby uzupełnić paliwo (ależ w środku było przyjemnie chłodno! ;)) i pojechałem dalej. Czekał na mnie Kawęczyn, jednak teraz w tym lepszym kierunku, bo w dół. 50 km/h na osłoniętym drzewami zjeździe było całkiem przyjemne. Przyjemne jest też to, że jest tam (przyznam szczerze, że nie zwróciłem uwagi czy na zjeździe czy dopiero za nim) nowa, gładziutka nawierzchnia:


Jedzie się po niej zdecydowanie lepiej niż po tej widocznej we wpisie z ubiegłego roku.

Jadąc przez Wólkę Dworską byłem ciekaw jak po tych ostatnich upalnych dniach wygląda Wisła. No cóż, na tym odcinku raczej marnie:


Jak by nie było, droga wzdłuż wału jest całkiem przyjemna...


Czekał na mnie jednak jeszcze podjazd pod Górę Kalwarię. Ten jednak też jakoś pokonałem (chociaż różowo nie było) i po chwili znalazłem się na rynku. Tam zaś stała na środku kurtyna wodna. Postanowiłem z niej skorzystać, jednak po przejechaniu dosłownie kilkunastu metrów zdążyłem już zapomnieć o tym fakcie ;)


Udałem się w drogę powrotną. Zjazd ulicą Lipkowską był zdecydowanie przyjemniejszy niż podjazd i znalazłem się znowu na drodze biegnącej wzdłuż Wisły. Przyszła więc i kolej na Kawęczyn, z którym nawet znośnie sobie poradziłem. Motywował mnie zbliżający się kolejny postój w sklepie w Słomczynie ;) Tam też napełniłem bidon, wylałem na siebie pół litra wody i z przyjemnością zjechałem ulicą Jabłonową, którą wcześniej podjeżdżałem.

Dalsza droga aż do Wilanowa jakoś minęła. Potem pozostało tylko przebić się dosłownie na drugi koniec miasta... Byłem już nieźle sponiewierany, a trzeba jeszcze było podjechać Dolną. Podjechałem, ale dalsze wielokrotne zatrzymywanie się i ruszanie spod świateł dodatkowo wybijało mnie z rytmu.

Po powrocie do domu miałem dość. Upał dał mi się naprawdę mocno we znaki i dawno nie jechało mi się tak słabo. Wróciłem dwa kilogramy lżejszy. Cieszę się jednak, że się nie poddałem i przejechałem zaplanowaną trasę. Teraz wypadałoby przejechać w kolejny weekend 150 kilometrów, a potem 200 kilometrów, tak jak to było w ubiegłym roku ;) Już teraz jednak wiem, że nic z tego nie wyjdzie, bo plany na nadchodzące weekendy są nieco inne. Biorąc pod uwagę to, że temperatury nie mają się za bardzo zmienić, może to i lepiej...? ;)

28 września 2014

Szosa 27-09-2014 (120,75 km)

W planach na wczorajszy dzień było trochę więcej kilometrów niż ostatecznie wyszło, ale jak to z planami bywa, czasem trzeba je zmienić. W tym przypadku, musiałem nieco przesunąć godzinę wyjazdu ze względu na poranny deszcz.

Pogoda na szczęście szybko się poprawiła i mogłem ruszać. Właściwie nie byłem do końca pewien, jak się ubrać, bo niby było ciepło, ale coraz bardziej czuć już jesień w powietrzu. No i wiało całkiem konkretnie. Ostatecznie, zdecydowałem się na założenie nogawek i wiatrówki - wolałem ubrać się troszkę za ciepło niż zmarznąć, tym bardziej, że miałem jechać kilka godzin - szkoda energii na dogrzewanie organizmu ;)

Cel - Góra Kalwaria. Ze względu na konieczność przebijania się przez całą Warszawę, niestety coraz rzadziej (ostatni raz prawie równo rok temu) zaglądam w tamte okolice, jednak wciąż darzę tamtejsze asfalty sympatią, bo kojarzą mi się z moimi szosowymi początkami.

Jadąc przez Warszawę, bardzo przyjemnie pomagał wiatr - bez większego wysiłku dawało się jechać 35 - 45 km/h. Zjeżdżając Spacerową - również nie wysilając się zbytnio - wpadło 57 km/h. Nie cisnąłem jednak do oporu, bo na dole trzeba się było zatrzymać, zresztą założenie w ogóle było takie, że nie będę się zbytnio spinał w kwestii prędkości. Ot, turystyczna przejażdżka :)

Do samej Góry Kalwarii kręciło mi się całkiem nieźle. Jechałem przez Bielawę, Habdzin, Gassy, Cieciszew, Słomczyn i Podłęcze. Fajne, boczne drogi z niewielką ilością samochodów. Ponieważ jestem prostym chłopem z równin :) urozmaiceniem był dla mnie Słomczyn, Kawęczyn i Góra Kalwaria. Podjazd pod Słomczyn dał mi się troszkę we znaki, ale że nogi nie były jeszcze bardzo zmęczone to nie było tragedii. Na pocieszenie szybko pojawił się zjazd w Kawęczynie. 50 km/h wpadło samo z siebie, fajna sprawa. Do Góry Kalwarii prowadziła dalej już prosta i płaska droga wzdłuż Wisły. Z poprzednich lat pamiętałem, że pod samą Górę Kalwarię też trzeba się troszkę wspiąć. Dobrze pamiętałem... :) Tu było już nieco gorzej, bo chcąc zrobić ten podjazd w pedałach okazało się, że do nóg dobierają mi się skurcze. Pozostała więc jazda w siodełku. Mniej więcej w połowie zaczęło się robić niewesoło, ale zawziąłem się i wjechałem do końca. Ja wiem, że to nie Mount Ventoux czy inne diabelstwo, ale jak już wspomniałem, mój kontakt z jakimikolwiek podjazdami ograniczał się jak dotąd do minimum :)

Ponieważ nie napotkałem po drodze żadnej tablicy informującej o wjeździe do Góry Kalwarii, zamiast niej uwieczniłem rynek ;)


Na rynku podjechał do mnie na rowerze i zagadał pewien starszy pan. Jeździł trochę na szosie w czasach Królaka i wspominał m.in. jak to kiedyś na głównych drogach ruch samochodowy był praktycznie zerowy i jak ciężko było dostać części Campagnolo :) Porozmawialiśmy parę minut i udałem się w drogę powrotną.

Tym razem z przyjemnością powitałem zjazd ul. Lipkowską, z podjazdem którą zmagałem się chwilę wcześniej:


Zdjęcia samego zjazdu nie robiłem, bo aparat zazwyczaj i tak wszystko spłaszcza ;) 

Byłem w połowie drogi, czekał mnie powrót tą samą trasą, przy czym teraz miałem cierpieć jeszcze bardziej, bo jechałem pod wiatr :) Droga wzdłuż Wisły jakoś minęła...



Moja radość nie znała granic, kiedy przed Kawęczynem zobaczyłem poniższy znak:


Tak jak zjeżdżałem tamtędy 50 km/h, tak podjeżdżałem 15 - 20 km/h. Znowu w siodełku. Nogi cierpiały, ja razem z nimi, ale że stanowimy zgrany zespół, to się nie poddaliśmy i jakoś wjechaliśmy ;)

W sklepie przed Słomczynem uzupełniłem paliwo i ruszyłem w dalszą drogę. Zjazd minął szybko i przyjemnie, po czym przyszedł czas na jazdę bardziej otwartymi przestrzeniami. Momentami było naprawdę słabo, bo wiało na tyle mocno, że miałem problem z jazdą chociażby 25 km/h. Dopadł mnie jeszcze kryzys, który nie chciał odpuścić przez kolejne 20 km i jechało mi się tak sobie. Przede mną było jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, ale jakoś trzeba było wrócić. Na dodatek pojawiło się na niebie parę chmur, które na pewien czas odcięły dopływ promieni słońca ;)


Zrobiło się nieco chłodniej, więc akurat w tym przypadku doceniłem to, że ubrałem się jednak trochę cieplej. Dalsze kilometry jakoś zleciały, przy czym na deser był jeszcze podjazd Spacerową... Nie wstawałem z siodełka, ale mimo to skurcze mnie ostatecznie dopadły. Zaatakowały większość mięśni w obu nogach, ale zacisnąłem moje żółte zęby i wytrwale cisnąłem do końca :) Właściwie nie wiem jak, ale znalazłem się jakoś na górze i z przyjemnością stwierdziłem, że na dziś koniec podjazdów... Skurcze na szczęście dały za wygraną i odpuściły. Mogłem dalej toczyć się w stronę domu, do którego dotarłem ostatecznie w jednym kawałku :)

Te kilka hopek i wiatr w drodze powrotnej dały mi się trochę we znaki. Ostatni raz byłem na rowerze trochę ponad tydzień temu kiedy przejechałem tylko skromne pięć dyszek z rana, gdzieś tam po drodze była nieprzespana noc i jakiś ogólny brak energii. Tym bardziej cieszę się, że nie poddałem się na podjazdach (jakie by one nie były) i na całej trasie, chociaż czasami było naprawdę słabo. Ale ja jestem tylko zwykłą szosową miernotą :) Nie to co...

...Michał Kwiatkowski, który został dziś Mistrzem Świata elity w wyścigu ze startu wspólnego!

uci.ch

uci.ch/Graham Watson

Nie oglądałem niestety całej relacji z wyścigu. Włączyłem telewizor, kiedy akurat pokazywali podium. Zdążyłem tylko pomyśleć czy to nie... po czym komentatorzy powiedzieli Michał Kwiatkowski i usłyszałem Mazurka Dąbrowskiego :) Super! Gratulacje dla Michała i całej Reprezentacji!

09 października 2013

Szosa 09-10-2013 (105,22 km)

Od pewnego czasu ciągnęło mnie w strony, w których już od dłuższego czasu nie byłem, a mianowicie w okolice Konstancina-Jeziorny. Ostatni raz jeździłem tam bodajże w 2008 r. (jeszcze za czasów Krossa), kiedy wybrałem się do Góry Kalwarii. Zrażał mnie trochę przejazd przez pół miasta do właściwej trasy. Po ślubie i przeprowadzce na drugi koniec miasta było mi tym bardziej nie po drodze, bo sam dojazd do/z Powsina (gdzie wyjeżdża się już, powiedzmy, za miasto) to 50 km. Korzystając jednak z tych kilku wolnych od pracy dni postanowiłem pojechać w tamte rejony i trochę sobie powspominać ;)

Chociaż byłem tam zaledwie kilka razy, trasa jakoś utkwiła mi w pamięci i - dziwne - tylko raz musiałem spojrzeć na mapę (jeszcze trochę i będzie można dokupić pakiet z moim głosem do nawigacji samochodowej! ;)) - zasugerowałem się przebiegiem głównej drogi, a trzeba było jechać podporządkowaną. Bywa. Po tej drastycznej wpadce nie było już problemów z trasą i dojechałem nawet tam, gdzie chciałem ;) A chciałem sobie dojechać do miejsca, gdzie zrobiłem te pięć lat temu poniższe zdjęcie:


Nie, nic ważnego tam nie ma. Po prostu tak sobie założyłem ;) Chociaż dziś też była świetna pogoda (20°C!), to jednak aura już nieco inna niż wtedy, a i chyba słońce świeciło z innej strony. Pomijam fakt, że kadr może trochę się różni i to chyba inne drzewo... ;)

 

Tak więc, zawróciłem sobie na drodze 868 między Gassami a Piaskami. Przyjemnie się jedzie między tamtejszymi polami i chociaż miejscami nawierzchnia może nie jest idealna, to tragedii nie ma.



Przy Alei Wojska Polskiego (droga 721) są z kolei budynki dawnych Warszawskich Zakładów Papierniczych. Tak jak pięć lat temu nie omieszkałem zrobić im zdjęcia, tak i teraz je sobie uwieczniłem ;) Pierwsze zdjęcie z 2008 r., drugie z dziś:



Pomimo dzisiejszej jazdy w godzinach pracy spotkałem po drodze sporo rowerzystów, zarówno na MTB jak i na szosówkach. Rejony popularne wśród fanów dwóch kółek, a i z tego co kojarzę, Ośka kręci w tamtych okolicach. Dla mnie to jednak za wysokie progi, pewnie szybko bym zmarł jadąc z nimi :)

Co jak co, ale honor jakkolwiek uratowany - pierwsza setka w tym roku, ech... ;)

Na koniec jeszcze link do kilkunastu zdjęć ze wspomnianego wypadu do Góry Kalwarii.