Od kilku dni miałem w planach zrobienie dziś kilkudziesięciu kilometrów, bo akurat mogłem sobie
organizacyjnie pozwolić na rower po pracy. Jednak im bliżej byłem domu, tym ciemniejsze chmury zbierały się na niebie. Specjalistą od kolorów nie jestem, ale opierając się
na liście z Wikipedii mogę stwierdzić, że w krytycznym momencie było to coś między
atramentowym a
błękitem pruskim... :) Ciągle jednak nie padało, a na przepowiedniach pogodowych szamanów nie ma co ostatnio polegać. Pozostawało więc zaufać wrodzonemu góralskiemu instynktowi pogodowemu, a ten podpowiadał coś w stylu
szkoda nie jechać, ale pewnie i tak wrócę przemoczony. Zaufałem. I wróciłem przemoczony :)
Kiedy wyruszałem, jeszcze nie padało. Co prawda aż do Łomianek asfalt i tak był mokry po wcześniejszych opadach i nie potrzeba było deszczu żeby móc się wstępnie ubrudzić. Coś tam pokropiło i w takich warunkach dojechałem do Czosnowa. Tam odbiłem na Kaliszki i pojechałem drogą przez KPN. Prawdziwa zabawa rozpoczęła się mniej więcej w jej połowie, kiedy zaczęło lać. Za sobą miałem 35 km, zostawało jeszcze 45 km. Trochę słaby bilans, ale że liczyłem się z deszczem, tak naprawdę było mi wszystko jedno :)
Deszczu na zdjęciach nie widać, ale wierzcie - był tam :)
Raz padało słabiej, raz mocniej; ciągle jednak coś tam z nieba leciało i zapewniało darmowe chłodzenie. Na szczęście nie na tyle mocne żebym jakoś wyjątkowo przemarzł, a było 16°C, więc tak sobie jak na końcówkę lipca. Byłem kompletnie przemoczony, a wody na drodze było coraz więcej. Z czasem nie przeszkadzało mi nawet ciągłe chlupotanie w butach i strugi wody lecące prosto na nie ;) Jakoś i tak trzeba było wrócić do domu.


Przez
zalane okulary zaczynałem widzieć coraz słabiej, przez co musiałem czasami zwalniać, a szkoda, bo kręciło mi się dziś naprawdę fajnie i właściwie od początku trzymałem sobie na liczniku ok. 35 km/h. W końcu jednak trochę je zsunąłem, bo pomimo wady wzroku lepiej widziałem już bez nich niż z nimi ;)
Do domu dotarłem ostatecznie w jednym (ale kompletnie przemoczonym) kawałku. Jak
ostatnio wspominałem, mam tendencję do
wywoływania deszczu po tym, jak świeżo nasmaruję łańcuch... Tym razem nie było więc inaczej i już podczas drugiej jazdy po tym zabiegu dorwała mnie ulewa :) O czystym, nasmarowanym i cichutko pracującym napędzie mogę więc po dzisiejszej jeździe z czystym sumieniem zapomnieć. Cały rower nadaje się do gruntownego suszenia, czyszczenia i smarowania, więc pewnie będę musiał zrezygnować z planowanej na piątek kolejnej
jazdy o świcie. Może w sobotę wpadną jakieś poranne kilometry...
Jak by nie było, jechało mi się dziś rewelacyjnie. Ulewa na pewno nie zepsuła mi humoru (może dlatego, że się jej spodziewałem i
nie wzięła mnie z zaskoczenia? ;)). Tak naprawdę, w deszczu jeździ się całkiem przyjemnie, ale staram się go unikać ze względu na to, że potem schodzi się niestety trochę z czyszczeniem wszystkich gratów. Ten czas wolałbym poświęcić na kolejne kilkadziesiąt kilometrów, a niestety nie dorobiłem się jeszcze sztabu mechaników. To się jednak zmieni jak wygram Tour de France... ;)