13 października 2015

Szosa 10-10-2015 (82,77 km)

W sobotę, pierwszy raz od kilku tygodni, miałem okazję pójść na rower w ciągu dnia. Aż dziwnie się czułem... ;) Zapowiadali świetną pogodę i chociaż rano termometr pokazywał zaledwie 2°C to sytuację w znacznym stopniu ratowało pięknie świecące słońce i bezchmurne niebo. W ruch poszły zimowe ciuchy. Przez chwilę zastanawiałem się nawet czy nie brać ocieplaczy na buty, ale ostatecznie odpuściłem. I było w sam raz.


Nie miałem za bardzo pomysłu na trasę, więc postanowiłem skierować się przed siebie znanymi asfaltami. Wiedziałem tylko, że fajnie byłoby przejechać jakieś 60 - 70 kilometrów żeby zrobić wreszcie coś więcej niż wieczorne pięć dyszek, które ostatnio stało się właściwie standardem. Co jak co, ale po tych jazdach po zmroku, słońce tak pozytywnie na mnie wpływało, że miałem wrażenie jakbym miał wbudowaną baterię słoneczną ;) Poza tym, miałem okazję przekonać się, że warto było pogrzebać przy przerzutkach i zmianie łańcucha, bo całość działa teraz wyjątkowo lekko i przyjemnie. Niby to tylko wymiana linek i pancerzy oraz założenie świeżo nasmarowanego łańcucha, a czuć różnicę. Wszystko pracuje właściwie bezgłośnie, co w połączeniu z gładziutkim asfaltem sprawia, że jedzie się naprawdę świetnie. Tak jak lubię ;)


Skierowałem się na Wawrzyszew i Rochaliki, jadąc przez Pilaszków i Witki. Poniosło mnie jeszcze do Podkampinosu, gdzie skręciłem w prawo na Kampinos.


Wiedziałem już, że kilometrów wyjdzie więcej niż planowałem. Jechało mi się ciągle całkiem nieźle. Sytuacja zmieniła się jednak, kiedy skręciłem w prawo na DW580. Chłodny, silny wiatr wiejący ze wschodu skutecznie mnie spowolnił, a przede mną było jeszcze prawie drugie tyle kilometrów. Cóż. Nie ma, że boli, jakoś trzeba było przecież wrócić ;) Po ostatnich tygodniach ubogich w kilometry, moja forma wciąż pozostawia wiele do życzenia. Pocieszałem się tylko tym, że teraz trochę pocierpię, ale zaowocuje to przy kolejnych wypadach. No i wciąż świeciło słońce... ;)

Ostatecznie doturlałem się jakoś do domu. Po drodze minąłem kilku kolarzy, w tym kilkuosobową grupkę w Lesznie. W drodze powrotnej nogi dostały swoją porcję bólu, ale mimo to sobotnia jazda i tak była super. Piękna jesienna pogoda, cichutko pracujący napęd i przyjemna trasa złożyły się na naprawdę pozytywny efekt końcowy.

09 października 2015

Nie ma tego złego...

Wczoraj miałem iść na rower... Tak jak wspomniałem w ostatnim wpisie, chciałem najpierw założyć drugi łańcuch i podregulować tylną przerzutkę. Ponieważ jednak okazja do jazdy pojawiła się dość niespodziewanie, a i powrót z pracy wydłużył mi się do prawie dwóch godzin, musiałem chwilowo odpuścić sobie zmianę łańcucha. Aż tak tragicznie jeszcze nie pracował i szkoda byłoby na to czasu, bo do domu dotarłem i tak dopiero przed 19. Smar nie zdążyłby wniknąć elegancko między ogniwa i w ogóle bez sensu ;)

Postanowiłem jednak zajrzeć do przerzutki. Byłem pewien, że zajmie to mniej niż pięć minut - obstawiałem szybką poprawę naciągu linki i w drogę. Rower szybko powędrował na stojak. Równie szybko okazało się też, że tak łatwo nie będzie. Przerzutka ciągle pracowała źle i, co dziwne, nie było w tym żadnej logiki. Zwiększanie naciągu wcale nie poprawiało przerzucania łańcucha na większe zębatki i odwrotnie. Kilkukrotne odkręcanie i przykręcanie linki, sprawdzenie maksymalnego wychylenia przerzutki w obie strony... Nic. A może hak jest krzywy? Też nie. Irytacja rosła a czas leciał. Miałem już przygotowane ciuchy, lampki i resztę drobiazgów, więc wszystko było gotowe do jazdy. Poza rowerem, a to jednak trochę komplikuje :)

Stwierdziłem, że muszę odpuścić wieczorne kilometry - tylko bym się irytował niesprawną przerzutką, a i tak czekała mnie taka sobie, kilkudziesięciokilometrowa jazda w ciemnościach. Nie zamierzałem natomiast odpuszczać tematu przerzutki, bo uparta ze mnie bestia i pewnie i tak nie dawałoby mi to spokoju. Tym bardziej, że w weekend miałem w końcu po długiej przerwie móc znowu pojeździć w dzień (wow!). Szkoda byłoby więc nie skorzystać z okazji z powodu jakichś technicznych przeszkód.

Pomyślałem, że może to wcale nie kwestia przerzutki jako takiej. Sprawdziłem końcówkę linki w klamkomanetce i okazało się, że jedno włókno było lekko zagięte. Zapaliła mi się czerwona lampka :) Spróbowałem wyciągnąć linkę bardziej, ale nie było tak łatwo, bo jakby się zablokowała. Jakoś się jednak udało i wszystko stało się jasne:


Komentarz wydaje się zbędny :) Cóż, przynajmniej wiedziałem, co było przyczyną całego zamieszania... Nie miałem niestety zapasowej linki, sklepy były już pozamykane, więc temat przerzutki musiałem chwilowo odpuścić. Korzystając z okazji, założyłem za to drugi łańcuch i poczęstowałem go Rohloffem żeby przez noc wszystko się ładnie wchłonęło.

Dziś po pracy natomiast zahaczyłem o Legion i drogą kupna nabyłem dwie linki przerzutkowe, jedną hamulcową (awaryjnie; mieli zresztą tylko jedną...) i pancerze z końcówkami. Po powrocie do domu zabrałem się za tylną przerzutkę - założyłem nową linkę, wymieniłem pancerze, i - tym razem - wyregulowałem całość w kilka minut. Korzystając z zamieszania pomyślałem, że załatwię przy okazji przednią przerzutkę, bo w tym przypadku linka i pancerze też dawno nie były wymieniane. Poszło równie szybko i przynajmniej na sucho wszystko pracuje wyjątkowo przyjemnie. Zobaczymy jak będzie w trakcie jazdy, a o tym mam nadzieję przekonać się już jutro...

Ostatecznie, może i lepiej że tak się wszystko potoczyło. Straciłem co prawda kilkadziesiąt kilometrów, ale przynajmniej są na pokładzie nowe linki i pancerze, nic się niespodziewanie nie urwie w trakcie jazdy (mam nadzieję :)), a i łańcuch będzie cicho i płynnie pracował. Okablowanie hamulców na razie wygląda i pracuje całkiem nieźle, chociaż może np. przy okazji wymiany owijki wymienię i to. Na razie czas na test terenowy przerzutek... ;)

03 października 2015

Szosa 30-09-2015 (57,34 km)

No cóż, mamy jesień. Tak jak dwa tygodnie temu było 27°C, tydzień temu 20°C, tak w ostatnią środę termometr pokazywał już tylko 10°C, a co za tym idzie, trzeba było wskoczyć w długie ciuchy. Pamiętam jak nie tak dawno temu (no, pięć miesięcy ;)) pisałem o tym, że wreszcie mogłem założyć koszulkę z krótkim rękawem i krótkie spodenki...

W środę kolejny raz wyruszyłem dopiero po tym jak wróciłem z pracy i szybko się ogarnąłem, czyli ok. 18:30. Znowu nie miałem za bardzo wizji w którą stronę się skierować żeby nie jechać w kompletnych ciemnościach. Pomyślałem więc, że dopóki słońce jeszcze minimalnie świeci, pojadę za miasto, a jak będzie już naprawdę czarno, zrobię trochę kilometrów po mieście. To minimalnie świeci wyglądało mniej więcej tak:


Można zatem uznać, że minimalnie to i tak dość wygórowane określenie ;) Pojechałem przez Babice, Strzykuły i Umiastów do Pogroszewa. Ponieważ droga była oświetlona tak sobie i nie czułem się zbyt pewnie, a wiedziałem, że w Pogroszewie-Kolonii czeka na mnie fragment jeszcze gorszej nawierzchni, postanowiłem skręcić w prawo w Rataja i pojechać w kierunku Borzęcina Dużego. Szczerze mówiąc, nie pamiętam dokładnie kiedy ostatni raz jechałem tą drogą. Nie pamiętałem też za bardzo jakiej nawierzchni mogę się spodziewać. A było tym gorzej, że latarnie stały tylko w kilku miejscach i zdecydowaną większość drogi przejechałem jedynie przy delikatnym świetle przedniej lampki. Cóż, wybrałem słabą porę na sprawdzanie nowych odcinków ;)


Udało mi się jednak w nic nie wjechać, a i we mnie też nic nie wjechało. Sukces! ;) Po dojechaniu do DW580 skręciłem w kierunku Warszawy i odtąd jechałem już w towarzystwie latarni.

Skierowałem się w stronę centrum. Jazda po mieście jak to jazda po mieście - ciasno i co chwilę światła. Ale przynajmniej względnie jasno... Pomyślałem, że wstąpię na Oboźną i przekonam się jak bardzo słabe mam nogi. No i przekonałem się :) Delikatnie mówiąc, bywało znacznie lepiej... Potem podjechałem sobie jeszcze Książęcą i tam niestety miałem podobne odczucia, a chociaż jest trochę dłuższa, to nachylenia jest tam praktycznie tyle co nic. Jest co nadrabiać.

Poza przekładką łańcucha przed kolejną jazdą będę też musiał zajrzeć do tylnej przerzutki, bo ostatnio jakoś podejrzanie pracowała. A tego nie lubię... :)