08 czerwca 2015

Szosa 06-06-2015 (88,61 km)

Długi weekend się skończył i trzeba jakoś wrócić do codzienności. Co jak co, ale w te cztery dni pogoda dopisała i udało się ją całkiem przyjemnie wykorzystać. Odpoczęliśmy trochę na działce, a i miałem okazję wyskoczyć na okoliczne (tj. między Wyszkowem a Łochowem) asfalty w sobotę i niedzielę. Chociaż może nie ma tam mnóstwa szosowych tras to ze względów, nazwijmy to, sentymentalnych (chociażby ze względu na pamiętną wycieczkę do Treblinki, kiedy zamiast 60 przejechałem 160 kilometrów... ;)), bardzo lubię te tereny.

Chciałem przejechać jakieś 70, 80 kilometrów. Popatrzyłem trochę na mapę i stanęło na pętli Wyszków - Pułtusk - Obryte - Rząśnik - Porządzie - Wyszków. Kiedyś jechałem rowerem DW618 (Wyszków - Pułtusk) i pamiętałem, że nadaje się ona nawierzchniowo na szosę. Nie wiedziałem jednak czego się dokładnie spodziewać po nawierzchni drogi prowadzącej przez wspomniane wioski. Miałem cichą nadzieję, że środki unijne dotarły również tam i będę mógł jechać gładkim jak stół asfaltem ;)

Droga do Wyszkowa minęła całkiem nieźle - ruch był niewielki, więc i fragment DK62 udało mi się przejechać w jednym kawałku. Na moście nad Bugiem zrobił się korek do Ronda Mieczkowskiego, ale na szczęście potem było już luźno i ani się obejrzałem a wyjechałem z Wyszkowa.

DW618 nie jest może wymarzoną drogą do jazdy szosówką, bo jest tylko jeden pas w każdą stronę i nie ma pobocza, ale przynajmniej asfalt jest równy. Jechało mi się naprawdę dobrze, a to za sprawą solidnego wiatru w plecy. DW618 jest leciutko pofałdowana i w zależności od nachylenia trzymałem na niej 35 - 45 km/h. I tak, niesiony wiatrem ;) dotarłem w godzinę z działki do Pułtuska:


Przed mostem nad Narwią skręciłem w prawo w ul. Tartaczną i skierowałem się na Rząśnik. Moje obawy co do jakości nawierzchni zostały szybko rozwiane i sen o unijnych asfaltach się spełnił ;) Cały odcinek od Pułtuska do Porządzia jest naprawdę bardzo przyjemny.





Oczywiście gdyby ta droga nie miała wad, byłoby zbyt pięknie... :) Chociaż może nie tyle sama droga, co okoliczności - tak jak w stronę Pułtuska wiatr wiał mi w plecy, tak z powrotem jechałem pod wiatr. Pod silny i porywisty Wiatr ;) Prędkość spadła do około 30 km/h, a zdarzało się, że jechałem jeszcze wolniej. Otwarte przestrzenie robiły swoje. Poza tym, kolejnym utrudnieniem była temperatura - w sobotę było w cieniu 27°C. W słońcu pewnie sporo powyżej 30°C, a na dodatek jechałem mniej więcej w południe (tak wyszło ;)). Tak jak w stronę Pułtuska leciało mi się bardzo przyjemnie, tak teraz musiałem się trochę namęczyć. Cóż, uroki szosy - na szosie wieje. Kropka :)

Mimo tych drobnych utrudnień dotarłem z powrotem do Wyszkowa. Przejazd przez miasto znowu nie trwał długo i po chwili przejeżdżałem już nad Bugiem. Nogi po drodze trochę odpoczęły i od Wyszkowa jechałem już nieco szybciej. Przejechałem nad trasą S8 i skierowałem się w stronę działki.


Temperatura i wiatr w drodze powrotnej dały mi się we znaki, ale i tak będę ten wyjazd pozytywnie wspominał. Powiedzmy, że była to całkiem przyjemna odskocznia od standardowego Leszna czy Czosnowa ;) Trasa między Pułtuskiem a Porządziem sprawdzona i pewnie jeszcze kiedyś na nią wrócę będąc w okolicy.

Tyle o sobocie. O niedzieli parę słów pojawi się wkrótce :)

04 czerwca 2015

Szosa 03-06-2015 (60,91 km)

Kolejny raz Czosnów, kolejny raz krótko, ale za to nie o świcie, a po pracy - na jazdę miałem wczoraj jakieś dwie godziny i postanowiłem wykorzystać ten czas we właściwy sposób ;) Było wczoraj o tyle nietypowo, że nie wracałem prosto do domu, tylko na Ochotę - musiałem podjechać do rodziców i wrócić od nich bez roweru. Wymagało to nieco organizacyjnych kombinacji z rana, zawiezienia jakichś cywilnych ubrań żebym miał w czym wracać wieczorem, ale ostatecznie cała akcja się udała (pomijając to, że żona musiała mi wcześniej podrzucić jeszcze normalne buty, bo jakoś nie wpadłem na to, że w SPDach raczej mało wygodnie jedzie się samochodem ;)).

Czasu, jak wspomniałem, nie było zbyt wiele, więc i kilometrów wyszło ile wyszło. Starałem się zatem nadrobić krótszy dystans mocniejszym tempem. Jadąc w tamtą stronę - niespodzianka - mocno wiało. Jechało mi się nieco słabiej niż podczas ostatniej walki z wiatrem, ale chociaż te 32 km/h starałem się utrzymywać. Jazdę utrudniały też trochę korki (długi weekend...), przez które musiałem się kilka razy po drodze przebijać. Od Łomianek jechało się już dobrze (pomijając wiatr) i jakoś doturlałem się do Czosnowa. Zawróciłem na rondzie i tym razem wiatr wiał już w dobrą stronę, więc i prędkość trochę wzrosła.


W Pieńkowie dojechał do mnie bliżej nieznany mi kolarz na carbonowym specu (bodajże Roubaix) i razem pocisnęliśmy w stronę Warszawy. A że miał lemondkę to trzymaliśmy (właściwie to trzymał, bo ja trochę pasożytowałem na jego kole) 40 km/h. Zdjęcia mu wyjątkowo nie zrobiłem ;) Chociaż zdarzało mi się robić je przy takiej prędkości, to jednak droga nie zawsze jest tam równa (tym bardziej, że na części tego odcinka zerwana jest obecnie nawierzchnia na przeciwnym pasie), a i ruch samochodowy trochę się zwiększył bliżej Łomianek - wolałem więc dojechać w jednym kawałku niż zrobić zdjęcie ;) Droga minęła szybko, po zjeździe z Rolniczej porozmawialiśmy chwilkę o Rondzie Babka i rozdzieliliśmy się - on odbił w DK7, a ja pojechałem prosto Wiślaną.

Z Bemowa skierowałem się w stronę Ochoty. Przypomniałem sobie, ile razy pokonywałem tę drogę przed ślubem i przeprowadzką...  I jak bardzo średnia spada, kiedy co chwilę trzeba stawać na światłach i przeciskać się między samochodami ;) Wypad, choć krótki, mogę zaliczyć do całkiem udanych. Trochę już zapomniałem jak jedzie się w upale, a wczorajsza temperatura podchodziła pod 30°C. Może więc lepiej, że wiało? ;)

02 czerwca 2015

Szosa 31-05-2015 (80,55 km)

Zgodnie z obietnicą z poprzedniego wpisu, czas na parę nudnych zdań o ostatnim wypadzie na szosę... :) Po sobotniej setce, pojawiła się okazja do zrobienia kilku dyszek również w niedzielę. Tym razem pojechałem sam i o nieco innej porze, bo dopiero przed 18, ale jechało mi się równie dobrze co w sobotę.

Planowałem zrobić około 60 - 70 km, bo mniej więcej na tyle miałem czas. Skierowałem się więc na Gawartową Wolę, odbijając po drodze na Witki i Wawrzyszew. Jak fajnie, że wyruszając nawet późniejszym popołudniem można jeszcze skorzystać ze słońca i zrobić trochę więcej kilometrów niż marne kilkadziesiąt w świetle latarni.


Podobnie jak w sobotę, w niedzielę też dość mocno wiało i - żeby tradycji stało się zadość - w twarz. Byłem jednak pozytywnie zaskoczony, bo dawałem radę - wcale nie umierając - utrzymywać na liczniku 3 z przodu. Mam wrażenie, że kilka ostatnich jazd naprawdę sporo mi dało.

Kręciło mi się na tyle dobrze, że postanowiłem trochę wydłużyć początkowo zaplanowany dystans. Przejechałem przez Gawartową Wolę i dojechałem do Podkampinosu, gdzie odbiłem na Kampinos. Stamtąd prosto DW580 do Leszna, skąd poleciałem na Białutki i dalej już standardowo przez Pilaszków i Umiastów. Wjeżdżając na DW580 miałem cichą nadzieję, że wiatr będzie odtąd po mojej stronie. Niestety... Miałem wrażenie, że ciągle pedałuję pod wiatr i że jego kierunek zmienił się wraz ze zmianą kierunku mojej jazdy tak, aby ciągle walić mi w twarz ;)

Słońce powolutku zaczynało uciekać za horyzont i temperatura nieco spadła, jednak wciąż było całkiem znośnie. Musiałem utrzymać w miarę sensowne tempo żeby zdążyć wrócić przed zmrokiem, bo nie wziąłem ze sobą lampek.


Ostatecznie, średnia wyszła mi nieco wyższa niż podczas sobotniej jazdy we dwóch. Co prawda przejechałem 20 kilometrów mniej, ale miałem wrażenie, że byłbym w stanie ją utrzymać. Jaka by jednak nie była, jechało mi się naprawdę dobrze. Sił nie brakowało i czuję jakiś tam postęp na przestrzeni kilku ostatnich wypadów (ruskie EPO czyni cuda! ;)). Ostatni weekend mogę z czystym sumieniem uznać za bardzo przyjemne, rowerowe zakończenie maja :)