09 kwietnia 2014

Sigma BC 1909 HR STS - reanimacja ramki

Niemalże dokładnie dwa miesiące temu skarżyłem się na pękniętą (wskutek upadku z niewielkiej wysokości) ramkę mojej sigmy. Zgodnie z zapowiedziami, podjąłem próbę przywrócenia owej ramki do życia. Ogólnie się udało, ale efekt końcowy nie powala...

Operacja zaczęła się właściwie całkiem nieźle. Wszystkie kawałeczki ramki udało mi się równo przykleić i tak naprawdę trzeba było się dokładniej przyjrzeć żeby zauważyć, że wcześniej była ona pęknięta. Szybko jednak okazało się, że aż tak różowo nie jest. Przycisk nie działał, nie można go było wcisnąć :) Troszkę kleju spod ramki musiało wydostać się do wewnątrz i unieruchomić przycisk, więc tak naprawdę cała operacja traciła sens, bo zależało mi raczej na tym, żeby licznik działał, a nie tylko wyglądał... Byłem więc zmuszony zrobić to, co w niektórych kręgach znane jest jako ctrl+z. Podczas odklejania, ramka pokruszyła się jeszcze bardziej, a resztki kleju stworzyły wyjątkowo nieelegancką, chropowatą krawędź:


Podkleiłem pozostałą, dłuższą część ramki, dzięki czemu przycisk trzyma się już w jednym miejscu, aczkolwiek jest nieco niżej od drugiego, mniejszego:


Efektem ubocznym jest to, że podczas wciskania go nie jest już wyczuwalne kliknięcie. No ale znowu działa i nie odpada. Tak więc, pacjent przeżył, ale jego sprawność i prezencja są nieco gorsze niż przed operacją ;) Dwa miesiące już jednak przeżył, więc dopóki ostatecznie nie wyzionie ducha, będzie z niego jeszcze pożytek.

06 kwietnia 2014

Szosa 06-04-2014 (111,05 km)

6:15 nie jest raczej godziną, o której chciałoby się wstawać w niedzielę. Tak się jednak złożyło, że na rower zostały dzisiaj tylko godziny poranne - było tak zarówno w przypadku moim jak i Maćka, z którym to umówiłem się na wspólną jazdę. O 7:40 ruszyliśmy spod kościoła w Starych Babicach w kierunku Leszna. Upału dziś nie było (6°C), aczkolwiek nie padało, więc nie można było narzekać.

Jechaliśmy obok siebie spokojnym tempem i gadaliśmy o różnych rzeczach - o jeździe w górach (oj, szacuneczek dla Maćka - wysłuchałem dziś kilku budzących respekt historii... ;)), ciężkich momentach na trasie, trenażerach, carbonie i kilku innych, głównie rowerowych kwestiach. Droga szybko mijała, dziś na szczęście nie wiało tak mocno jak wczoraj, a i zaliczyliśmy dziś - jadąc w kierunku Czosnowa - odcinek przez Krogulec i Janówek, prowadzący przez środek Puszczy Kampinoskiej, o którym pisałem przy okazji poniedziałkowej jazdy.

Mniej więcej od połowy Rolniczej Maciek dał nieco szybszą zmianę. Od Cmentarza Północnego jechaliśmy sobie już bardziej rozjazdowym tempem (podejrzewam, że dla Maćka tempo w ogóle było dziś raczej rozjazdowe :)) i na Powstańców Śląskich pożegnaliśmy się po przejechaniu wspólnie 70 km. A jak było? Tak było! ;)


Dzięki uprzejmości Maćka ;) też załapałem się na zdjęcie - jedno z naprawdę niewielu, które mam na rowerze. Będzie dla potomnych... ;)


Ponieważ miałem jeszcze trochę czasu, a teoretycznie w planach na dziś była setka, postanowiłem dokręcić sobie parę kilometrów. Pojechałem w kierunku Lipkowa, gdzie na Trakcie Królewskim spotkałem Damiana - kolejnego szosowego killera z okolicy ;)


Damian jechał akurat na starobabicką ustawkę, która dziś ruszała o 11:00. Zawróciłem i razem pojechaliśmy w stronę kościoła. Pogadaliśmy jadąc obok siebie, po czym na kilka kilometrów schowałem się na kole Damiana, bo nogi dawały już o sobie trochę znać. Kiedy kawałek przed kościołem wrzucił swoje bardziej standardowe tempo, zostałem nieco z tyłu, bo niestety nie dałem już rady utrzymać się w 35 - 40 km/h. Odpadłem z jego koła również w ubiegłą sobotę kiedy chciał dociągnąć mnie do grupy po tym jak chwilę się zagadaliśmy ;) Wtedy było jednak jeszcze mocniejsze tempo... Minimalnie za mało dziś zjadłem przed jazdą, dwa banany w trakcie też nie okazały się w stu procentach wystarczające, a i zaczynało być mi nieco chłodno, przez co pewnie straciłem po drodze jeszcze więcej energii. Trafiliśmy akurat na odjeżdżającą spod kościoła grupę - było dziś ok. dziesięciu osób. Damian dołączył do reszty, ja zaś ze stu kilometrami w nogach skierowałem się w stronę domu.

Chociaż nogi miałem dziś nieco ciężkie to bardzo fajnie, głównie ze względu na towarzystwo, mi się jechało. Super, że pogoda dopisała i zarówno wczoraj jak i dziś udało mi się wyskoczyć na szosę. Weekend można uznać za rowerowo udany :)

05 kwietnia 2014

Szosa 05-04-2014 (82,36 km)

Dziś pod kościołem w Starych Babicach stawiło się łącznie siedem osób, czyli nieco mniej niż tydzień temu. Ruszyliśmy chwilę po 9:00. Na początku było nieco spokojniejsze niż ostatnio tempo - ok. 30 km/h - więc i parę zdjęć dało radę zrobić ;)




Rano było jakieś 8°C (ostatecznie temperatura dobiła do 12°C) i powoli zza chmur przebijało się słońce, więc bez tragedii. Pogodowi szamani zapowiadali na dziś solidny wiatr, który miał ponoć osiągać nawet 50 km/h. Dość szybko mogliśmy się przekonać, że całkiem nieźle im ta prognoza wyszła ;) Jadąc z wiatrem można było bez większych problemów trzymać prędkość ok. 40 km/h. A z wiatrem jechaliśmy w tamtą stronę, więc powrót rysował się raczej kiepsko. Po dojechaniu do drogi 580 przed Zaborowem dwie osoby zawróciły, więc dalej jechaliśmy w pięciu. Ustaliliśmy, że na bieżąco zobaczymy ile kilometrów dziś zrobimy. Wstępnie zapisaliśmy się z Jackiem do grupetto ;) Planowaliśmy odbić sobie w Białutkach i wrócić spokojnym tempem. Od wyjścia z domu miałem dziś trochę zamulone nogi i jakoś ciężko mi się kręciło, więc taka opcja - biorąc jeszcze pod uwagę mocny wiatr wiejący w drodze powrotnej w twarz - jak najbardziej mi odpowiadała. Wspólnie zdecydowaliśmy jednak, że pojedziemy dziś trochę krótszą niż ostatnio trasą i wrócimy razem.

Wracając pod wiatr było już zdecydowanie mniej przyjemnie... :) Chociaż utrzymywaliśmy te ok. 30 km/h to wystarczyło na chwilę puścić koło żeby znaleźć się w kiepskiej sytuacji. Na chwilę zwolniliśmy z Jackiem i zostaliśmy trochę z tyłu, ale koledzy widząc to elegancko zaczekali żebyśmy z wiatrem męczyli się w pięciu a nie dwóch. W tym miejscu warto zaznaczyć, że dzisiejsze męczarnie sponsorował (jak zwykle? ;)) Maciek z Arturem, którzy dawali naprawdę solidne i długie zmiany pod równie solidny wiatr. Ja może gdzieś tam na moment pojawiałem się z przodu chcąc dać cokolwiek od siebie, ale w porównaniu z robotą wykonaną przez chłopaków... no, jeszcze trochę pracy przede mną :) Na szczęście nogi zdążyły mi się już trochę rozruszać i pracowały nieco lepiej niż na samym początku.

Grupka zmniejszyła się nam o 20% kiedy Maciek koło stawów pod Zaborowem pocisnął pod górę i pod wiatr prawie 45 km/h :> Z tyłu został niestety Jacek. Udało mi się jakoś utrzymać na kole Maćka i od zaborowskiego ronda jechaliśmy już we czterech w stronę Warszawy, odbijając jeszcze na Mariew i Lipków. Przez kilka kilometrów dobierał się do mojej prawej łydki jakiś perfidny skurcz, ale jakoś się na szczęście wybroniłem. Miałem po drodze jeszcze kilka słabszych momentów, ale że kiepsko byłoby odpaść tak blisko od domu, starałem się nie odpuszczać ;)

Na Hubala-Dobrzańskiego Artur odbił w swoją stronę i we trzech z Maćkiem i Przemkiem pojechaliśmy dalej Bolimowską do Kocjana. Tam się rozdzieliliśmy i pojechałem sobie jeszcze na króciutki rozjazd.

Chociaż z wiatrem jechało się dziś super, to powrót dał mi się nieco we znaki. Korzystając z kół kolegów udało mi się jednak dojechać w jednym kawałku do domu. Jutro w planach też jest rower, aczkolwiek spece od pogody straszą ponoć jakimiś niewielkimi opadami. Oby tym razem nie mieli racji ;)