11 marca 2014

Szosa 09-03-2014 (48,37 km)

W porównaniu do sobotniej porażki, w niedzielę było już trochę lepiej. Ale tylko trochę, bo brzuch ciągle pobolewał, a i czułem w całym moim słabym cielsku zmęczenie z poprzedniego dnia. Z założenia miało więc być mniej (jeszcze mniej... ;)) kilometrów i trochę spokojniejsze tempo. Te jakże ambitne założenia zrealizowałem, chociaż i tak rewelacji nie było. Zamiast do Leszna dojechałem do Zaborowa. Po drodze minąłem sześciu szosowców, w tym tego, z którym jechałem w sobotę w kierunku Leszna :) Poza tym trafiło się jeszcze kilka osób na MTB. Nie ma się co dziwić, bo pogoda była jeszcze lepsza niż w sobotę - tym razem właściwie nie było chmur i można się było delektować słońcem, którego od pewnego czasu zbyt dużo nie było.

Po powrocie niestety znowu poczułem kolana. Mam nadzieję, że to tylko skutek dłuższej przerwy i zdecydowanie kiepskiego powrotu po niej. Wypada jednak zakończyć optymistycznym akcentem, a za taki można uznać słoneczną fotkę z okolic Lipkowa ;)

10 marca 2014

Szosa 08-03-2014 (60,43 km)

Aż wstyd się przyznawać, ale minęły aż dwa miesiące od mojej ostatniej wizyty na szosie. Pomimo szczerych chęci, okoliczności niestety nie sprzyjały i po drodze były tylko jakieś symboliczne wypady na authorze.

W ostatnią sobotę pojawiła się możliwość zaliczenia paru upragnionych kilometrów na scott'cie. Żeby nie było jednak zbyt pięknie, rano zjadłem coś czego widocznie nie powinienem, bo brzuch od razu dał o sobie znać. Tragedii nie było, ale mimo wszystko coś mu tam nie pasowało. Mimo to jednak postanowiłem, że pojadę. Szkoda byłoby rezygnować z jazdy, tym bardziej, że pogoda była już mocno wiosenna.

Cudów się nie spodziewałem, ale po cichu miałem nadzieję, że nie będzie aż tak źle. Wiadomo niestety, czyją matką jest nadzieja :) co rzeczywistość szybko zweryfikowała. Jechało mi się tragicznie. Ciężko było mi uzyskać choćby trochę satysfakcjonującą prędkość, tętno wskakiwało na jakieś chore wartości i na domiar złego jechałem pod wiatr.

Na Sikorskiego spotkałem innego szosowca, który akurat jechał w tym samym kierunku. Po uzyskaniu oficjalnej zgody :) na skorzystanie z jego koła, schroniłem się przed wiatrem i tak przejechaliśmy kilka kilometrów. Doszedłem jednak do wniosku, że wypada też dać coś od siebie i kolejne parę kilometrów przejechałem z przodu. Po pewnym czasie się rozjechaliśmy i postanowiłem dotrzeć do Leszna (w planach miałem jakiś krótszy dystans na rozgrzewkę, ale nie nie... musiałem przecież pojechać dalej ;)). Co prawda nogi zdążyły się już minimalnie rozkręcić, ale to wciąż nie było to. Dotoczyłem się do Leszna, wciąłem banana i zawróciłem. Nie trzeba być szosowym Nostradamusem żeby przewidzieć, że szybko zacząłem zdychać. Prędkość spadła poniżej średniej krajowej :), brzuch nadal wysyłał jakieś negatywne sygnały, a że przed wyjściem nie zjadłem zbyt wiele (bo i ciężko było mi coś więcej w siebie wcisnąć) to i nie było skąd czerpać energii. Proste i logiczne, ale ja oczywiście musiałem się o tym już któryś raz przekonać na własnej skórze :) Praktycznie bez sił zbliżałem się jednak w stronę domu. Jak to w takich sytuacjach bywa, myślałem już wówczas tylko o tym co zjem po powrocie i ile ton tego będzie ;)

Po zdecydowanie zbyt długim czasie przekroczyłem wreszcie swoje skromne progi i doszedłem do wniosku, że tak beznadziejnie już dawno się nie czułem. Pomijając brzuch, bolały mnie kolana, ręce, głowa i... tak naprawdę chyba wszystko. Marzyłem tylko o tym żeby pójść spać, ale na to niestety nie mogłem sobie pozwolić. Prysznic mnie trochę ożywił, ale i tak wciąż czułem się jak szosowa ruina :)

Tak to jest jak się po dwumiesięcznej przerwie jedzie z bolącym i praktycznie pustym brzuchem na nieco zbyt długi dystans... Mamy wyjątkowo błyskotliwy morał, czas więc na zdjęcie! ;)

03 marca 2014

Pearl Izumi - kurtka Elite Softshell

Niewykluczone, że zima w tym roku już nie powróci. Myślę jednak, że nie jest jeszcze za późno, aby napisać kilka słów o kurtce, której posiadaczem stałem się jakiś czas temu i która zasiliła szeregi mojej zimowej garderoby rowerowej.

Mowa o kurtce Pearl Izumi, a dokładniej modelu Elite Softshell. Jest to produkt ze środkowej - między serią Select a P.R.O. - półki tego amerykańskiego producenta (swoją drogą przejętego kilka lat temu przez Shimano).

Dotychczas, w zimie jeździłem w kurtce Rogelli New Spirit (model sprzed ładnych kilku lat). Chociaż była ciepła to niestety o oddychalności praktycznie nie było w jej przypadku mowy. Przeszkadzało mi też to, że była dość sztywna i tak sobie układała się w czasie jazdy, a rękawy niejednokrotnie podciągały się na przedramionach i odsłaniały ich część. Nadszedł więc czas na zmiany.

Z pomocą - zresztą nie pierwszy raz - przyszedł Wojtek z KochamRowery.pl :) Po kilku mailach wybór padł na dzieło Pearl Izumi. W przeciwieństwie do Rafała, o materiałach i stronie techniczno-teoretycznej nie potrafię napisać zbyt wiele ;) Dla mnie liczy się przede wszystkim to, że kurtka spełniła moje oczekiwania i jazda w zimie nabrała nieco innego wymiaru, że tak to wzniośle określę.

Przód prezentuje się tak:


Mamy więc typową dla rowerowych ciuchów stójkę oraz przedłużony tył, aby w czasie jazdy dolna cześć pleców nie pozostała nieosłonięta. Tym, co jednak wywarło na mnie największe wrażenie (ale ja jeszcze niewiele w życiu widziałem ;)) są bardzo przyjemnie skrojone rękawy. Nie idą one niejako w linii prostej, ale zginają się w łokciu, jak widać na zdjęciu. W czasie jazdy przekłada się to na to, że praktycznie nie czuć, że mamy na sobie kurtkę - nic się nie naciąga, nie ogranicza ruchów, jest po prostu wygodnie. Dzięki temu, że softshell jest na przedniej części rękawów, ręce są skutecznie chronione przed wiatrem. Czuć to dobrze, kiedy w czasie jazdy obrócimy nieco ręce czarną, niesoftshellową częścią do kierunku jazdy. Kolejny bajer związany z rękawami to przedłużenie części przedniej/wierzchniej, softshellowej, dzięki czemu w trakcie jazdy nie powinna się pojawić sytuacja, w której nagle część przedramienia zostaje odsłonięta, bo rękaw się podciągnął. Przy zakładaniu rękawiczek trzeba jednak uważać na rzepy, gdyż łatwo zahaczyć nimi o przedłużoną część rękawa, która tak jak cała kurtka ma od środka delikatny (i przyjemny w dotyku) polar.

Na piersi znajduje się kieszonka, w której wewnętrznej części znajduje się otwór na słuchawki, dzięki czemu możemy sobie puścić kabel od środka. Suwaki są uszczelnione i elegancko zakryte, więc nie grozi nam przypadkowe rozszarpanie krtani podczas zasuwania kurtki pod samą brodę.



Pod głównym suwakiem jest z kolei wszyta taśma, która dba o wiatroszczelność suwaka:


Tyle z przodu... Tył zaś prezentuje się tak:


Jak na rowerową kurtkę przystało, mamy na plecach kieszeń na różne drobiazgi. Można je wrzucić zarówno do głównej części jak i którejś z dwóch mniejszych kieszonek znajdujących się w środku:


Jest to całkiem wygodne rozwiązanie pozwalające chociaż trochę zapanować nad kieszonkowym chaosem w postaci banana, kluczy, multitoola, aparatu, drobnych i może jeszcze paru innych pomniejszych gratów.

Szwy są ładnie wykończone, nigdzie nie wiszą jakieś zabłąkane nici, które potem sprawiają, że całość zaczyna się pruć z prędkością finiszującego Cavendisha:


Zarówno z przodu jak i z tyłu znajdują się odblaskowe elementy poprawiające widoczność na drodze.

A jak z temperaturami? Jeździłem w niej w przedziale od +5°C do -10°C i bez problemu dawała radę. Pod spodem miałem tylko potówkę. Powyżej tych ok. +5°C jest już nieco za ciepło i wówczas skłaniam się raczej ku szpikowej wiatrówce, ale może to też kwestia indywidualnego odczuwania temperatury. Z kolei w niższych temperaturach nie miałem jeszcze okazji jeździć, bo zima jaka była, każdy widział. Myślę jednak, że te kilka stopni mniej nie zrobiłoby jakiejś ogromnej różnicy i kurtka wciąż spełniałaby swoje zadanie.

Nie mogę się niestety wypowiedzieć w kwestii wodoodporności, bo nie dość, że jazdy ostatnio praktycznie brak, to jazdy w deszczu tym bardziej.

Zakup mogę z czystym sumieniem uznać za udany. Bardzo podobają mi się detale sprawiające, że korzystanie z kurtki jest po prostu przyjemne. Widać, że projektując ją dla rowerzystów ktoś po prostu pomyślał. Materiał wygląda na solidny i mam nadzieję, że takie zdanie będę też o nim miał po kilku sezonach. Nikt mi za to nie zapłacił, ale polecam, a co tam...! ;)