Ostatnie kilka dni wchodzących w skład długiego weekendu minęły nieodmiennie pod znakiem pomagania M w końcówce jej studiów. Wiązało się to z chodzeniem spać w okolicach 1 - 3 w nocy, chociaż w porównaniu z M to i tak nic, bo od -nastu dni kładzie się ok. 4 rano :) Nie wiem, jak daje radę, ale jest superdzielna :) Niby zdarzało mi się kiedyś też zarywać całe noce, ale chyba przywykłem już do tego, że chodzę do pracy i w miarę normalnie kładę się spać. Piszę o tym tylko dlatego, że nie nastawiałem się na jakikolwiek rower w ciągu długiego weekendu (pomijając ostatnio przejechane imponujące 15 i 16 km na Authorze ;)), a dziś mimo wszystko udało mi się pokręcić. I to nie byle jak, bo było po prostu świetnie. Zaczynając od pogody, na którą składało się czyste niebo, optymalna jak dla mnie temperatura (trochę ponad 25°C) i lekki, orzeźwiający wiaterek, aż po samopoczucie na rowerze. Celowałem dziś w okolice 50 km, bo byłem trochę ograniczony czasowo, niezbyt dużo zjadłem przed wyjściem, a i nie zapatrzyłem się zawczasu w banany, które potrafią często uratować sytuację. Wziąłem jednak jakieś drobne z zamiarem uzupełnienia tego braku - miałem nadzieję, że pomimo niedzieli cokolwiek będzie otwarte. Na początku jechało mi się w sumie kiepsko. Czułem się słaby, nogi marnie pracowały i nieco obawiałem się dalszego ciągu... Jednak z kilometra na kilometr było coraz lepiej. Dodatkowo, skorzystałem z tego, że sklep przy skrzyżowaniu Radiowej i Kaliskiego był czynny i kupiłem sobie 2 banany. Skoro przy tym skrzyżowaniu jesteśmy, to powinienem chyba napisać skrzyżowanie o ruchu okrężnym albo po prostu rondo. Tak, wreszcie jest tam rondo :) Szybko (albo po prostu mnie dawno tam nie było ;)) się uwinęli z robotami i zamiast betonowych płyt i pofałdowanego asfaltu jest ładna, równa nawierzchnia:
Stałym się szczęśliwym posiadaczem bananów, więc ryzyko padnięcia z głodu na trasie zmalało praktycznie do zera. Postanowiłem przejechać trochę więcej, jakieś 70 km czy coś, chociaż jakiejś konkretnej trasy nie miałem w głowie. Skończyło się w końcu na jeździe przez Truskaw, Lipków, Borzęcin Duży, Mariew, nawrotce na rondzie w Zaborowie i powrót podobną trasą z tym, że nie zahaczyłem o Truskaw. Wkroczyłem dziś też na chwilę na Trakt Królewski, ale w sumie wiedziałem, że szybko będę musiał z niego zjechać. Niestety, jeszcze go nie uporządkowali i określenie królewski coraz mniej do tego odcinka pasuje. Tym bardziej, jeśli brać by pod uwagę jazdę na szosówce:
Jechało mi się dziś naprawdę nieźle, korzystałem też całkiem często z dużej tarczy i pomimo -nasto dniowej przerwy w jeździe praktycznie w ogóle jej nie czułem. Po drodze spotkać można było mnóstwo cywilnych amatorów dwóch kółek - par, jakichś zorganizowanych grupek, samotnych rowerzystów, słowem - do wyboru do koloru ;) Mijałem też dziś 5 szosowców, z czego tylko jeden na carbonowej Orbei stwierdził widocznie, że nie jestem godzien przywitania się ;) W tym miejscu wtrącę pytanko do Kolegi na czerwonym Authorze - czy nie mijaliśmy się dziś na drodze 580 w okolicach chyba 13:20? Ja jechałem w stronę Warszawy, Ty w przeciwną, więc zdążyłem zauważyć tylko czerwony rower (nie wiem nawet, czy to był Author ;)) i szeroki uśmiech :D Chociaż w sumie ostatnio pisałeś, że przy następnym spotkaniu zawrócisz i zagadasz, a tu nic, więc może to jednak nie byłeś Ty... ;) Na drodze 580 mijałem też grupę chyba 8 szosowców, niestety nie zdążyłem policzyć, heh. Fajne uczucie, kiedy machasz i odmachuje ci prawie 10 osób na raz ;) Miałem leciutki kryzys w okolicach 60. km, ale jakoś szybko minął i powrót minął bezboleśnie. Ponieważ mocno świeciło dziś słońce (co z tego, że teraz za oknem leje? ;)), a mam tendencję do szybkiego opalania się to złapałem już trochę rowerowej opalenizny ;) A skoro jesteśmy przy słońcu, to na zakończenie 2 słoneczne widoczki:




